sobota, 16 maja 2015

Rozdział 10

Nie wiedziałam co robić...Mój własny brat on...on...on chciał się ze mną kochać.To okropne.Zaczęłam płakać.
-Ej Alexa...-spojrzał na mnie przerażony. Wiem że nienawidzi jak płacze.-Przepraszam...nie wiem co we mnie wstąpiło.-usiadł na rogu łóżka i schował twarz w dłoniach.
-Ja też nie wiem.Zmieniłeś się Bradley! Najpierw Emma,potem Lynch,a teraz Ja?! Jestem twoją siostrą,do kurwy! Kto będzie następny co?!W tym domu nie ma miejsca dla tyranów!-krzyknęłam przez łzy.Wybiegłam z pokoju,a w krótce także z domu. Nigdy tak nie klnęłam...byłam temu przeciwna,ale każdy by tak zareagował.Uciekałam w nawet nie wiem jaką stronę.
Słyszałam jak mój brat biegnie za mną i krzyczy,, przepraszam, poczekaj" ...Po jego głosie rozpoznałam że żałuje.
Zgubiłam go,co było trudne bo z WF-u nie miałam nawet 4.
Kiedy wiedziałam że jestem sama usiadłam na ławece w parku,w którym się znajdowałam.Ryczałam,jak chyba nigdy wcześniej.
Była już godzina hm...może 20:00? Nie wiem bo nie wziełam że sobą niczego.Nawet telefonu,co jest u mnie niecodzienne.
Po około, przyznajmy,godzinie zaczęło mi się robić zimno.Czułam jak mój makijaż rozplynął się,poczym zastygnął.Dobrze wiedziałam jak wyglądam...a raczej przeczuwałam.
Mój oddech był wolniejszy,lecz nadal niespokojny.Do tego byłam tak zmęczona że mogłabym zasnąć tu i teraz.Wstałam i ruszyłam przed siebie...a dokładniej do domu Lynch'ów.Dlaczego? Po pierwsze Emma jest na kolacji.Po drugie mam mało znajomych...takich szczerych, prawdziwych.Właściwie to żadnych do których mogłabym przyjść.A po trzecie tam miałam najbliżej...
Droga zajęła mi może z 15 minut.
Stanęłam przed domem mojego przyjaciela,wroga ,nauczyciela i kogoś kogo właściwie nie znałam.
Niepewnie zastukałam w drzwi.
Drzwi otworzył Ross.
-Lansse?Czego tu?-zapytał chamsko.Jak ja go nie znoszę! Ten gościu psuje mi nerwy od 4 klasy podstawówki.Tak.Kiedyś tu mieszkałam ,wyprowadzilam się dopiero w wieku 15 lat...Ogólnie całe życie spędziłam tu,w L.A.
-Nie przyszłam do ciebie...Jest Riker?-zapytałam zachrypnientym głosem.Nie panowałam nad nim.
-Wyglądasz jakby cię traktor przejechał.-przyjrzał mi się lepiej.
-Dziękuję.-powiedziałam z sarkazmem.To chyba i tak najmilsze słowa jakie Lynch wypowiedział do mnie kiedykolwiek.
-Co się stało?-zapytał z większym przejęciem.
-Twój zajebany przyjaciel się stał!-wybuchłam płaczem.Nie kontrolowałam swoimi słowami,czynami,łzami.
-Bradley?!-zdziwił się.Kiwnęłam głową,a on wpuścił mnie do środka.-Usiądź.Rikera nie ma...jest u swojej dziewczyny.-jego głos był dziwnie miły.-Rocky i Rydel są u cioci...nikt nas nie widzi,ani nie słyszy.I tak ma zostać.-uświadomił. -Więc co on ci zrobił?-zapytał.
-Wiesz...nie chcę o tym gadać.Szczególnie z tobą.-powiedziałam.
-oj Lansee...Daj sobie pomóc.-że proszę? JAK?! On mnie wyzywa,ośmiesza i poniża,a teraz mam mu się wyżalać?!NEVER!
-Nigdy Lynch....-powiedziałam poważnie-NIGDY tobie.-powtórzyłam.
-Kiedyś mi ufałaś.-Nie!Ross!błagam nie przypomninaj! W tym momencie wszystko wróciło...

Siedziałam na hustawce.Minę miałam zamysloną...Tak samo jak mój chłopak.Ja i Rossy jesteśmy razem już 3 lata.Razem chodzimy do czwartej klasy.Kocham go...to mój taki misiaczek do przytulania.Jest miły,uprzejmy i fajny.Ja i misiu rzadko się klocimy...Mama mówi że to dlatego że  mamy podobne charaktery .Dlatego Nie mamy powodu do sprzeczek.Rossy zawsze mówi mi jak mocno mnie kocha...ale od paru dni dziwnie się zachowuje.
Na początku nie chciał mi powiedzieć o co chodzi...Ale teraz już wiem.Jego rodzice wyjechali.Nie wiem gdzie,ale szybko nie wrócą.Zabrali jego brata...Fikera?Albo jakoś tak.Nie wiem...nigdy nie widziałam jego rodziny,bo mówił że nie ma się czym chwalić.Nigdy też nie byłam u niego w domu.To dziwne,prawda?Też tak uważam,Ale bardzo kocham Rossa i nie chcę go już o to męczyć...ostatnio źle zareagował na te pytanie.Krzyczał,wyzywał,klnął.
Przed chwilą zapytałam go o mamę,a raczej co da jej w prezencie, bo dziś 26 maja.Ross zaczął wrzeszczeć i kopać wszystko co stanęło mu na drodze.Wpadł w furie...Kiedy powiedziałam mu żeby się uspokoił walnął mnie z całej siły w brzuch.Zgiełam się w pół i upadłam,a on uciekł...Następnego dnia przyszedł do szkoły ubrany na czarno.Na wszystkich krzyczał i wyzywał,a do mnie zaczął mówić po nazwisku...Wtedy poznałam drugie oblicze Rossa.Od tamtej pory wszyscy się go boją.

Nagle wszystkie wspomnienia wróciły.Zrobiło mi się niedobrze.
-Ej Lansee! Wszystko ok? Blada jesteś! Ocknij się!-potrząsał mną lekko, trzymając za ramiona.
-zostaw mnie.-spojrzałam na niego.Wypowiedziałam te słowa z dziwnym spokojem. Normalnie bym walnęła go z liścia i krzyczała,Ale nie dziś.Coś zabranialo mi tak zrobić.
-Chcesz wody?-zapytał i w końcu mnie póścił.Potwierdziłam kiwajac głową.Poszedł do kuchni, a ja tym czasem próbowałam wyrzucić z siebie najgorsze wspomnienia.-powiesz mi w końcu co się stało?-podał mi szklankę . Zanurzyłam wargi w cieczy, po czym spojrzałam na blondyna, który oczekiwał odpowiedzi.
-Już jeeestem!-sytuację uratował Riker.Kiedy  tylko usłyszałam jego głos, chciałam tam podbiec i go przytulić.Miałam ochotę powiedzieć mu wszystko co zrobił mi Bradley...a raczej co chciał zrobić.Wszedł do pokoju i kiedy tylko mnie zobaczył wytrzeszczył oczy.
-Alexa?!Co się stało?-podbiegł do kanapy,na której siedziałam i ukucnął przede mną.-Płakałaś?
-Nie...wpadło mi coś w oko.-powiedziałam sarkastycznie. Znów do oczu zaczęły naplywać mi łzy.
-Ross! Co żeś jej zrobił?!-spojrzał na blondyna siedzącego obok mnie.
-To nie ja!-bronił się.-Mówiła że to Bradley!

***CDN***

1 komentarz: