niedziela, 21 czerwca 2015

Mowimy STOP xD

Okej burtaki <3
Nie bede wam szla na reke.
Dopoki nie zobacze 4 komentarzy pod ostatnim rozdzialem,nie wstawie nastepnego.
przepraszam i dziekuje :P

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Przepraszam+1.000 wyświetleń!

Hej perełki!
A więc mam mały...pff duży problem!
Ostatnio dużo się u mnie dzieje i nie mam czasu na pisanie rozdziału.
Tak, wiem.Obiecywałam że będzie w środę....no ale nie dałam rady.
Niedługo wstawię go, lecz konkretnej daty nie jestem w stanie podać. Piszemy po trochę,po trochę,po trochę....i jakoś sklejamy w jeden zarąbiście długi rozdział :D
Przepraszam i mam nadzieję że zrozumiecie.
+ Wielkie dzięki za ponad 1.000 wyświetleń!
kocham was misiaczki :*

niedziela, 24 maja 2015

Rozdział 11

Przepraszam za brak polskich znaków,ale pisze na telefonie❤

*Emma*
Obudziłam się około hm...10 rano,w niestety nie swoim łóżku.Tssa... Jestem u Nathana.ALE DLA JASNOŚCI pomiędzy nami do niczego nie doszło! Porostu...za dużo wczoraj wypiłam. Tak,o wiele wiele za dużo. Całe szczęście że Nath mnie przygarnął,bo przeczówam że skończyłabym na ławce ,albo co najgorsze na ziemi.Wypiłam zaledwie kilka drinków...ewentualnie kilkanaście,no ale błagam.Tamta atmosfera,w klubie do którego udaliśmy się po kolacji, spacerze i lodach, była nieziemska! Pierwszy raz się tak dobrze bawiłam.
-Ooo...dzień dobry.-ujrzałam w drzwiach Nath'a. Opierał się o futrynę.
-Witaj palancie.-zasmialam się.-Dziękuję za wczoraj.-dodałam już spokojnej.
-Dlaczego palancie?-zdziwił się mimo to ciągle się śmiejąc.
-Tak o.-wstałam z łóżka i podeszłam do okna.Kocham wschody słońca.Są piękne, lecz...takie tajemnicze.Od nich wszystko się zaczyna ,a i kończy.Jedni się rodzą, a drudzy umierają.Dla jednych to szansa na rozpoczęcie nowego życia, a dla innych kontynuowanie starego. Przyglądając się widokom za szkłem,miałam wielką ochotę na popływanie w morzu,które znajdowało się zaledwie kilkaset metrów od domu bruneta.-Pójdziemy dzisiaj na plaże?-zapytałam nie odrywając wzroku .
-Nie mogę... Dzisiaj mam dyżur.-westchnął i podszedł bliżej.-Emma...-objął mnie w talii.Stałam do niego tyłem,więc zapewne nie widział tego jak się zarumieniłam.To było...dziwne. Przeszły mnie nieprzyjemne dreszcze,ale... Podobały mi się. Odwróciłam się  i spojrzałam w jego niebieskie jak ocean, oczy.
-Tak?-lekko się uśmiechnęłam. To była conajmniej niezreczna dla mnie sytuacja. Zaczął zbliżać się swoimi ustami, do moich.Pod wpływem jego uroku, zrobiłam to samo.
Szybko się jednak rozmyśliłam. Nie wiem czemu...
-Przepraszam.-szepnął zawstydzony , po czym ruszył w stronę drzwi.
-Nie,Nathan poczekaj.-poszłam za nim. Kiedy go w końcu dogoniłam, złapałam go za dłoń.-To ja przepraszam.-sposcilam głowę.Czułam się winna całej tej sytuacji...
-Mogłaś powiedzieć że nie czujesz tego co ja...-uniósł mój podbródek,zmuszając przy tym do patrzenia mu w oczy.
-A co Ty czujesz?-zapytałam cicho.
-Że nie jesteś mi obojętna.
-Ty mi też,Ale...-zaczęłam. Nie umiałam dokończyć tego zdania...Ja prostu nie wiem co do niego czuje....
-Ale to nie to.-dokończył.Szybko się w niego wtuliłam.Naprawdę lubię jego zapach i to jak trzyma mnie w swoich ramionach...i to jak na mnie patrzy, jak się uśmiecha.Ah ocknij się Redson! Czy ja naprawdę muszę zakochiwać się w każdym przystojnym chłopaku?!Ostatnio źle się to skończyło...Ale długo by tu gadać. Powinno być dla mnie ważne to jaki ma charakter,a nie oczy czy włosy. Chociaż...Nath ma prawie że nienaganne zachowanie, co daje mu ogromnego plusa.Ale przecież Bradley też miał takie zachowanie...a co sie okazało?Ha. Ze jest bezczelnym idiotą, który zranił najpierw mnie,a potem pobił Rossa.Tssa...jak to łatwo się na kims pomylić.Właśnie... Ciekawe jak stan Rossa. Wyszedł ze szpitala.Nawet mu w tym pomogłam,ale to bylo jakieś trzy dni temu.Od tego czasu nie rozmawialiśmy ani razu.W szkole nie był,także się z nim nie widziałam.Ale jest mi wdzięczny...
-To co? Śniadanie?-uśmiechnął się ciepło.Miałam wrażenie ze całkowicie zapomniał o tym co się przed chwilą stało.I dobrze. Wolałabym żeby to się nigdy nie zdarzyło.Skinęłam głową,ciągle go obejmując. Przez chwilę wpatrywałam się pusto w jego oczy.Idealne.
-Żyjesz?-zapytał po chwili. Nie dając odpowiedzi skierowałam się w stronę schodów,po których błyskawicznie zbiegłam.
                     ~*~
W domu Lynch'ów panował istny charmider.Riker,Alexa i Ross pojechali na zakupy, które składały się głównie z mięsa. Dziewczyna została na noc u chłopaków...głównie była to decyzja Riker'a który jako najstarszy członek rodziny, obejmował odpowiedzialność za braci.Został on ich drugim rodzicem. Co najlepsze, nikomu to nie przeszkadzało. Mieli w pełni szacunek dla opiekuna. Od kąd został pełnoletni, podjął się wychowania młodszego rodzeństwa. Inaczej byliby rozdzielni. Każdy najprawdopodobniej miałby inne nazwisko.Na początku "wychowywał" całą czwórkę,później tylko trójkę, gdyż ich siostra -Rydel -wprowadziła się wraz ze swoim chłopakiem do Londynu. Dzisiaj mieli ich odwiedzić z okazji czego przygotowywali rodzinnego grilla.
Rocky siedział w ogrodzie rozpalają grilla...
**~**5. Godzin pozniej**~**
Wszyscy bawili się w najlepsze.
Rydel wraz z Alexą i Cassadiy cały czas rozmawiały na tematy ,których normalny człowiek raczej by nie pojął.Ross ,Rocky i Ell wspominali stare czasy,a Riker wydzwaniał ciągle po swoją dziewczyne.
Odziwo Lexa wogóle nie kłuciła się z Cass,wręcz przeciwnie.Dobrze się dogadywały.
Jedynym niezadowolonym osobniem na tym spotkaniu był Riker.
-Hej ...Wszystko gra?-zapytała blondyka podchodząc do brata.Ten przestaszony podskoczył.
-Nie Delly...San już któryś raz z kolei mnie olewa.jej juz chyba nie zależy...-westchnął głośno.Blondynka spojrzała współczująco na smutnego chłopaka i położyła mu dłoń na ramieniu.
-Może nie warto,co?-spojrzał na nią lekko zdziwony.-Skoro ona cię tak traktuje zrób to samo.Riker...Widziałam Sandy może trzy razy,ale jakoś nigdy nam się rozmowa nie klejiła.Wiesz jakiego mam nosa do ludzi...-uśmiechnęła się.-Zastanów się ...-dodała po chwili.
-Nad czym?-blondas nie rozumiał.-Kocham ją .Bardzo.
#Riker#
Ona znowu się w to bawi...Za kazdym razem jak przyjezdza chce cos zmieniać.Nienawidze tego...powiedziałem że Kocham San ,lecz w głowie pojawiło się ciche ,,chyba".
Nie wiem co mam czuć.Wiele osób odradzało i odradza mi tego związku,ale ja nie potrafie go zakończyć.Jestem z nią 11 miesięcy.To długo.Mam tak poprostu po takim czasie powiedzieč ,,to koniec".Nie dam rady...
-To przynajmniej dzisiaj daj sobie spokuj...-warknęła Delly.
Skinąłem głową.-Telefon  .-wyciagnęła ku mnie dłoń .
-Masz swój...
-Wiem dobrze że mnie nie posłuchasz...-przewidziała... A to spryciula.-Zabieram dla pewności.-zaśmiała się a ja wręczyłem jej mojego IPhona
.Wróciliśmy do reszty towarzystwa.
-Riker...-usłyszałem piskliwy,przesłodzony głos Rossa.O nie...ja już wiem co to oznacza.-Co ty na to żeby dołaczyło do nas pare procentów?-wiedziałem.
-ok.- powiedziałem,a inni aż wstali.
-Tak bez żadnego ,,ale"?-zdziwili się.
-Zaraz się rozmyśle...-ostrzegłem.Natychmiastowo powrócili do pierwotnej pozycji,a Ross w podskokach wtargnął do domu.Po chwili wrócił z napojami.
#####
Wszyscy oprócz Rydel i Alexy byli już nieźle podpici.Cassadiy wypiła najwięcej i powoli zaczynało jej odwalać.
-Chyba pora kończyć imprezke,co?-zaśmiała sie brunetka(Alex).
-Nie kotku...dopiero się zaczeła.-usłyszała głos. ..Rossa?!Nie ukrywała swojego zdziwienia,ale zrzuciła winę na alkochol.
-Ross może ty już nie pij .-powiedziała poczym zabrała blondynowi szklankę sprzed nosa.
-Ej oddaj.-powiedział płaczliwym głosem.Alexa pokiwała przecząco głową.Razem z Delly zaczęły robić z nimi porządek.
-Ale...Ksa.-zawołał Riker.-Patrz co tu jest!-wskazał na wodę w basenie,poczym zaczął się ostro chwiać.Dziewczyna podbiegła do niego w celu ,,ratunku".Niefortunnie razem wlecieli do wody.
-Riker! Ja nie potrafie pływa...!-niedokończyła gdyż zaczeła tonąć.Chłopak był wysoki więc spokojnie dotykał dna kąpieliska.Szybko złapał brunetke i "założył sobie na plecy,głośno się przy tym śmiejąc.Ta zaczeła walić go po głowie poczym sama wybuchła śmiech.Wyglądało to jakby  CONAJMNIEJ coś brali.
-O ...widze że dobrze się bawisz.-do ogrodu Lynch'ów wargnęła zdenerwowana.......

Matko boska.
Rozdział fatalny.Brak weny.Brak jakichkolwiek pomysłow.
Okropieństo!
Komentujcie misiaczki a napisze wam tak wyrąbany rozdział że HEJA XD

+Kto nie moze sie doczekac 30.09.2015???*,*

sobota, 16 maja 2015

Rozdział 10

Nie wiedziałam co robić...Mój własny brat on...on...on chciał się ze mną kochać.To okropne.Zaczęłam płakać.
-Ej Alexa...-spojrzał na mnie przerażony. Wiem że nienawidzi jak płacze.-Przepraszam...nie wiem co we mnie wstąpiło.-usiadł na rogu łóżka i schował twarz w dłoniach.
-Ja też nie wiem.Zmieniłeś się Bradley! Najpierw Emma,potem Lynch,a teraz Ja?! Jestem twoją siostrą,do kurwy! Kto będzie następny co?!W tym domu nie ma miejsca dla tyranów!-krzyknęłam przez łzy.Wybiegłam z pokoju,a w krótce także z domu. Nigdy tak nie klnęłam...byłam temu przeciwna,ale każdy by tak zareagował.Uciekałam w nawet nie wiem jaką stronę.
Słyszałam jak mój brat biegnie za mną i krzyczy,, przepraszam, poczekaj" ...Po jego głosie rozpoznałam że żałuje.
Zgubiłam go,co było trudne bo z WF-u nie miałam nawet 4.
Kiedy wiedziałam że jestem sama usiadłam na ławece w parku,w którym się znajdowałam.Ryczałam,jak chyba nigdy wcześniej.
Była już godzina hm...może 20:00? Nie wiem bo nie wziełam że sobą niczego.Nawet telefonu,co jest u mnie niecodzienne.
Po około, przyznajmy,godzinie zaczęło mi się robić zimno.Czułam jak mój makijaż rozplynął się,poczym zastygnął.Dobrze wiedziałam jak wyglądam...a raczej przeczuwałam.
Mój oddech był wolniejszy,lecz nadal niespokojny.Do tego byłam tak zmęczona że mogłabym zasnąć tu i teraz.Wstałam i ruszyłam przed siebie...a dokładniej do domu Lynch'ów.Dlaczego? Po pierwsze Emma jest na kolacji.Po drugie mam mało znajomych...takich szczerych, prawdziwych.Właściwie to żadnych do których mogłabym przyjść.A po trzecie tam miałam najbliżej...
Droga zajęła mi może z 15 minut.
Stanęłam przed domem mojego przyjaciela,wroga ,nauczyciela i kogoś kogo właściwie nie znałam.
Niepewnie zastukałam w drzwi.
Drzwi otworzył Ross.
-Lansse?Czego tu?-zapytał chamsko.Jak ja go nie znoszę! Ten gościu psuje mi nerwy od 4 klasy podstawówki.Tak.Kiedyś tu mieszkałam ,wyprowadzilam się dopiero w wieku 15 lat...Ogólnie całe życie spędziłam tu,w L.A.
-Nie przyszłam do ciebie...Jest Riker?-zapytałam zachrypnientym głosem.Nie panowałam nad nim.
-Wyglądasz jakby cię traktor przejechał.-przyjrzał mi się lepiej.
-Dziękuję.-powiedziałam z sarkazmem.To chyba i tak najmilsze słowa jakie Lynch wypowiedział do mnie kiedykolwiek.
-Co się stało?-zapytał z większym przejęciem.
-Twój zajebany przyjaciel się stał!-wybuchłam płaczem.Nie kontrolowałam swoimi słowami,czynami,łzami.
-Bradley?!-zdziwił się.Kiwnęłam głową,a on wpuścił mnie do środka.-Usiądź.Rikera nie ma...jest u swojej dziewczyny.-jego głos był dziwnie miły.-Rocky i Rydel są u cioci...nikt nas nie widzi,ani nie słyszy.I tak ma zostać.-uświadomił. -Więc co on ci zrobił?-zapytał.
-Wiesz...nie chcę o tym gadać.Szczególnie z tobą.-powiedziałam.
-oj Lansee...Daj sobie pomóc.-że proszę? JAK?! On mnie wyzywa,ośmiesza i poniża,a teraz mam mu się wyżalać?!NEVER!
-Nigdy Lynch....-powiedziałam poważnie-NIGDY tobie.-powtórzyłam.
-Kiedyś mi ufałaś.-Nie!Ross!błagam nie przypomninaj! W tym momencie wszystko wróciło...

Siedziałam na hustawce.Minę miałam zamysloną...Tak samo jak mój chłopak.Ja i Rossy jesteśmy razem już 3 lata.Razem chodzimy do czwartej klasy.Kocham go...to mój taki misiaczek do przytulania.Jest miły,uprzejmy i fajny.Ja i misiu rzadko się klocimy...Mama mówi że to dlatego że  mamy podobne charaktery .Dlatego Nie mamy powodu do sprzeczek.Rossy zawsze mówi mi jak mocno mnie kocha...ale od paru dni dziwnie się zachowuje.
Na początku nie chciał mi powiedzieć o co chodzi...Ale teraz już wiem.Jego rodzice wyjechali.Nie wiem gdzie,ale szybko nie wrócą.Zabrali jego brata...Fikera?Albo jakoś tak.Nie wiem...nigdy nie widziałam jego rodziny,bo mówił że nie ma się czym chwalić.Nigdy też nie byłam u niego w domu.To dziwne,prawda?Też tak uważam,Ale bardzo kocham Rossa i nie chcę go już o to męczyć...ostatnio źle zareagował na te pytanie.Krzyczał,wyzywał,klnął.
Przed chwilą zapytałam go o mamę,a raczej co da jej w prezencie, bo dziś 26 maja.Ross zaczął wrzeszczeć i kopać wszystko co stanęło mu na drodze.Wpadł w furie...Kiedy powiedziałam mu żeby się uspokoił walnął mnie z całej siły w brzuch.Zgiełam się w pół i upadłam,a on uciekł...Następnego dnia przyszedł do szkoły ubrany na czarno.Na wszystkich krzyczał i wyzywał,a do mnie zaczął mówić po nazwisku...Wtedy poznałam drugie oblicze Rossa.Od tamtej pory wszyscy się go boją.

Nagle wszystkie wspomnienia wróciły.Zrobiło mi się niedobrze.
-Ej Lansee! Wszystko ok? Blada jesteś! Ocknij się!-potrząsał mną lekko, trzymając za ramiona.
-zostaw mnie.-spojrzałam na niego.Wypowiedziałam te słowa z dziwnym spokojem. Normalnie bym walnęła go z liścia i krzyczała,Ale nie dziś.Coś zabranialo mi tak zrobić.
-Chcesz wody?-zapytał i w końcu mnie póścił.Potwierdziłam kiwajac głową.Poszedł do kuchni, a ja tym czasem próbowałam wyrzucić z siebie najgorsze wspomnienia.-powiesz mi w końcu co się stało?-podał mi szklankę . Zanurzyłam wargi w cieczy, po czym spojrzałam na blondyna, który oczekiwał odpowiedzi.
-Już jeeestem!-sytuację uratował Riker.Kiedy  tylko usłyszałam jego głos, chciałam tam podbiec i go przytulić.Miałam ochotę powiedzieć mu wszystko co zrobił mi Bradley...a raczej co chciał zrobić.Wszedł do pokoju i kiedy tylko mnie zobaczył wytrzeszczył oczy.
-Alexa?!Co się stało?-podbiegł do kanapy,na której siedziałam i ukucnął przede mną.-Płakałaś?
-Nie...wpadło mi coś w oko.-powiedziałam sarkastycznie. Znów do oczu zaczęły naplywać mi łzy.
-Ross! Co żeś jej zrobił?!-spojrzał na blondyna siedzącego obok mnie.
-To nie ja!-bronił się.-Mówiła że to Bradley!

***CDN***

czwartek, 14 maja 2015

Rozdział 9

*piątek 18:30*
Dzisiaj spotykam się z Nathanem.Idziemy do jakiejś restaur, na kolację.Wbrew pozorom Nath to świetny chłopak.Mamy podobne zainteresowania z tego  wiele tematów do rozmów.
Razem z Alexą stroimy mnie na niby "randkę" .Czemu niby? Ha,a no dlatego ze traktuje bruneta bardziej jako przyjaciela i gdyby zapytał o związek...raczej bym odmówiła.Chyba.
-I CO?!-uslyszałam głos Alexy zza drzwi, która po chwili była już u mnie w pokoju.Trzymała w rękach dwa kubki z herbatą.-Ślicznie!-odpowiedziała sama sobie,lustrurąc mnie od góry do dołu.Pytała o sukienkę która na siebie założyłam.
Była to zwykła skromna sukienka podchodząca pod kolor różowy.Do niej założyłożyłam czarne buty na obcasie.
(obrazek poniżej).Włosy upiełam w luźny koczek...Sama sobie się podobałam,co było rzadkością.
Miałam jeszcze jakieś 30 miniut do spotkania więc usiadłam sobie na małe "pogoduchy" z Lexą.
-To co?-spojrzała na mnie pytająco.Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi więc gestem pokazałam aby kontynuowała.-No z Bradleyem!-dokończyła.
-A no tak...No byliśmy u niego z Rockym i Rikerem,no i Rik sobie z nim pogadal na ten temat.Pod pretekstem "że zna go bardzo długo i wie jaki naprawdę jest" nie wniesie oskarżenia do sądu,a czykolwiek policja wie.Tak wogóle to gdzie ty byłaś tyle czasu?-zapytałam.Brunetki nie było w szkole od poniedziałku do...dziś. Czyli cały tydzień.Nie miałam z nią żadnego kontaktu,a szkoła nie wiedziała o tym co się z nią dzieje.Wiedzieliśmy tylko ze gdzieś wyjechała...nawet jej rodzice nie wiedzieli.Poprostu zapadła się pod ziemię...
-Oj Emma...nie chcę o tym mówić.-westchnęła i podeszła do okna,usiadła na parepiecie i oparła głowę o szybę.
-Lexi...Masz jakiś problem? Wiesz że możesz mi powiedzieć.-usiadłam obok niej.Dziewczyna wbiła wzrok w letnią,oświetloną latarniami uliczkę za oknem.
-Tak.Mam problem...Ale nikt go nie zrozumie.-powiedziała poważnie.
-Jestem twoją przyjaciółkom Alexa...powiedz mi,proszę.-położyłam dłoń na jej kolanie.Dziewczyna spojrzała na mnie. Jej oczy natychmiotowo się zaszkliły.Dziwne...Czemu zazwyczaj wesoła i zwariowana dziewczyna płacze?To musi być coś poważnego...chociaż,nie koniecznie.Alexa bierze do siebie nawet najmniejszą błahostkę.
-Chodzi o to ze każdy uważa mnie za kogoś kim nie jestem...-westchnęła.
Lekko się zasmialam na te słowa.Nie było to rozbawienie...tak tego nazwać nie można.Zasmialam się z głupoty przyjaciółki.

-Alexa...Niepowinna cię obchodzić opinia innych.Wystarczy że ty wiesz jaka jestes...-uśmiechnęłam się wycierając opuszkiem  palca, łezkę z jej policzka .

-Ale Emma mi chodzi o...-zaczęła.Do pokoju wszedł Dylan,przerywając wypowiedź brunerki.

-Emma.Nathan przyszedł.-powiedział.

-Zaraz do niego zejdę...-nawet na niego nie spojrzałam.Brat wyszedł bez żadnych pytań,ani komentarzy.Raczej się domyślił,że potrzebuje jeszcze chwile na rozmowe z Alexą.

-Idź juz...Nathan czeka.-westchnęła po czym zsunęła się z parapetu.Przejechała dłonią po policzku wycierając ostatnie łzy jakie "wylała".

-Wrócimy do tej rozmowy...-powiedziałam i złapałam ją za ramiona patrząc w śliczne zielone oczy.-Wiesz że cię kocham i dla mnie jesteś najlepsza.Nie przejmuj się tym co myślą o tobie inni.-na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech.Dziewczyna wtuliła się  we mnie. Czułam że ja i Alexa jesteśmy sobie przeznaczone...Nigdy nie czułam tego uczucia... Nawet do matki.Te uczucie,takiej przyjaźni...prawdziwej.Ciepło,bezpieczeństwo,zaufanie.Tego brakowało mi od 10 roku życia.Wtedy świat był inny...Ludzie byli uprzejmi i dawali mi wyszystko  czego zapragnęłam nie żądając zapłaty.Wtedy miałam przyjaciół...Wtedy moje stopnie były przez innych podziwiane,a nie wyśmiewane.Wtedy miałam rodzinę...Kochający się i mnie rodzice,brat do którego zwracałam się z każdym problemem,dom do którego zawsze chciałam wracać.Tego już nie ma.Po śmierci ojca wszystko stało się inne.Gorsze.Tyle bym dała żeby wrócił i zrobił pożądek.Żeby Dylan znów mnie kochał,a Mama mieszkała z nami.Marzenia...

Odsunęłam się od przyjaciółki.

-Emma...Wszystko ok?-spojrzała na mnie pytająco.Kiwnęłam głową po czym zeszłyśmy dół.Przechodząc przez korytarz zauważyłam przez lekko uchylone drzwi mego braciszka i...Sandy!Szturchnęłam Alexe aby zobaczyła ten jakże zabawny widok.Całowali się...Ha ha. 

-Wpółczuje Sandy.-zasmiala sięLexa.Przez co mało nie wybuchłam śmiechem.Na szczescie ona zatkała mi usta dłonią i szybko wprowadziła z pomieszczenia.

-Hej.-usmiechnął się znudzony Nathan który na mój widok szybko się opamiętał.

-Hej...To co idziemy?


***Alexa***

Wracałam pięknie oswietloną uliczką do domu.Rozmyślałam nad tym powiedziała mi przed wyjściem Emma.Jej słowa ,jak echo,odbijały mi się w głowie.Czy mówiła prawdę?Czy tylko kłamała żeby mnie pocieszyć? Nie mam pojęcia.Zanim się obejrzałam stałam przed wielkim,pięknym,bogatym domem.Wydawać by się mogło że jestem szczęśliwa, że za każdym razem "kicam" do domu z bananem na twarzy.Jednak to nie prawda...Mój dom to istna sala tortur.Rodzice siedzą w tych swoich gabinetach przez cały dzień.Wychodzą dopiero wtedy kiedy ja i Bradley śpimy...Właśnie Bradley.On jest w tym wszystkim najgorszy.Ehh  zresztą szkoda gadać...Zaczęłam grzebać w torbie w poszukiwaniu kluczy od domu.Zapomniałam ich...o kurde.

Zapukałam do drzwi...nikt nie otwierał.Zaczęłam wkońcu w Nie walić pięściami.

-Czego tu?-uslyszałam znajomy głos .To Bradley.

-Brad otwórz.-uspokoiłam trochę oddech.

-Nie masz kluczy?-zapytał.

-Nie,zapomniałam.-odpowiedziałam.

-To masz pecha.Mówiłem że nie wolno ci samej wychodzić o tej porze? To kara.-zasmiał się szatansko.

-Ej chyba nie będziesz kazał mi spać na dworze? Pliss...Bradley zrobię co chcesz!-krzyknęłam.

-Co chcę?-otworzył drzwi,Ale nadal mi je blokował.Kiwnęłam twierdząco głową.-To wejdź.-wpuścił mnie do środka.Rzuciłam torbę na podłogę i poszłam do swojego pokoju.Położyłam się plackiem na łóżku i schowałam twarz w poduszkę.Nie płakałam,nie śmiałam się... Tak o poprostu schowałam.Po chwili poczułam jak ktoś wchodzi na moje łóżko.Odwróciła się i ujrzałam... Bradleya?! Co on kurwa wyprawia?! Zmierza w moją stronę...to wystarczająco niebezpieczna odległość.

-Co ty do jasnej cholery wyprawiasz?-krzyknęłam próbując się od niego uwolnić.Niestety był silniejszy.

-Powiedziałaś że dasz mi co będe chciał...-syknął.


CDN <3

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 8

ODRAZU MÓWIE ZE ROZDZIAŁ PISANY NA TELEFONIE WIĘC PRZEPRASZAM ZA JAKIEKOLWIEK BŁĘDY <3

-Emma!Czekaj gdzie idziesz?!-wybiegł za mną Riker.Przebiegł zaledwie 3metry, a sapał jakby przebiegł conajmniej kilometr.
-Idę sobie pogadać z Bradleyem.-powiedziałam i odwróciłam się w stronę wyjścia.
-Nie każ się gonić.-podszedł do mnie i złapał za nadgarstek.-Nie możesz załatwić tego później?-usmiechnął się.
-Nie.-odparłam sucho.-Kto mu wogóle dał prawo kogoś bić?!-wykrzyknęłam.
-Spokojnie...Pójdźmy na taki układ,zostaniemy jeszcze chwilę u Rossa,a potem razem pojdziemy do Bradleya.Ok?-próbował mnie uspokoić...
-Przepraszam...nie wyspałam się.-zaśmiałam się. -Okay.Pasuje,Ale pod warunkiem że załatwisz go tak jak on zalatwił Rossa.-potarłam chytrze dłonie.
-Emma.-upomniał mnie uśmiany.-Nikt nikogo nie będzie bił.-zapukał mi palcem w czoło.Wyglądało to tak jakby sprawdzał czy ktoś tam mieszka.
-A on mógł.-splotłam ręce w tzw.precelek.
-I wyszło mu to na dobre?-zapytał.Jeny!
-Denerwujesz mnie Riker.-odparłam oburzona. Ten spojrzał na mnie jak na wariatke i wybuchł śmiechem.
-Czemu?
-Bo zawsze masz rację...-powiedziałam.
-Wiesz...wychowałem 3 rodzeństwa.Mój mózg działa już trochę inaczej, niż mózg zwykłej młodzieży.-uśmiechnal się.
-Tak właściwie to gdzie są twoji rodzice?-zapytałam.Przepiękny biały uśmiech blondyna zmienił się w... Nic? Dosłownie.Jego mina stała się nijaka.Nie wyrażała żadnych emocji.
-Długa historia...-westchnął.-Ty idź do Rossa,a ja pójdę poszukać Rockyego.-powiedział i nie czekając na moją odpowiedź czy zdanie,odszedł.Aż tak ich nienawidzi?Z tego co wiem nie było za ciekawie...no ale rodziców się nie wybiera.
Eh...Ten to ma przesrane.
-Hej. -Weszłam ponownie do pokoju.
-Cassadiy?-usłyszałam cichy głos chłopaka.
-Nie,Emma.-powiedziałam.
-Emms gdzie jest Cassadiy?-zapytał a ja usiadłam obok jego łóżka.
-Nie wiem...Mam po nią zadzwonić?-kiwnął głową.-Znasz numer?-zapytałam a ten podał mi jej cyferki.
~~Rozmowa~~
C:Halo?
E:Hej Cassadiy...Mogłabyś przyjechać do szpitala?
C:Po co? I kto mówi?
E:Emma i po to ze Ross tu leży.Miał Ymm...mały wypadek.
C:Redson?! Skąd masz mój numer?!
E:Spokojnie...mniejsza o to. Przyjedziesz czy nie?
C:Nie chcę mi się...
E:Cassadiy...Ross Cię potrzebuje.
C:O mamo...niech się nie posra.Jutro przyjadę.
E:Czy ty siebie słyszysz?
C:Tak,a co?
E:Weź przyjedź.
C:Matoo....W jakim szpitalu leży?
E:na TeamBork Street.
C:Co tak daleko?
E:Boże Cassadiy. Nie marudz tylko przyjeżdżaj.
C:Nie.Chcę.Mi.Się.Mam lepsze zajęcia.
E:Jakie?!
C:Sek...e nie wazne. Pa.
~~~~koniec~~~~
-I co?-zapytał pełen nadzieji.Co miałam mu powiedzieć? Ze jego dziewczyna nie przyjedzie bo się woli z kimś walić?! (nawiązanie do "sek...")Nie wiem co on w niej widzi.
-Niestety nie może...-powiedziałam.
-Czemu?
-Bo...Bo...Ym...Jest chora.-skłamałam.Ross spóścił wzrok.Było wiadać że się tym przejął.-Ej...nie przejmuj się.-położyłam dłoń na jego ramieniu.-Jutro do ciebie przyjdzie...poprostu dziś się źle  poczuła i...-próbowałam go jakoś pocieszyć.
-Przestań.Wiem że nie jest chora.-westchnął.No to jesteś spostrzegawczy!-Pewnie siedzi u Chrisa...Zawsze  jak mówi że jej się nie chce,jest chora albo jest u babci znaczy że piprzy się z tym palantem.-o kurde...no to mnie zatkał.
-Ale...To czemu z nią jesteś jak cię zdradza?-zdziwiłam się.
-Bo ją kocham.-serio?Jak można kochać kog...e coś takiego?
-Nie ogarniam cię...ale okay.-zasmialam się.-a co tak właściwie zrobił ci Brad?-zmieniłam temat.
-Eh...Nie pamiętam.
-Jak to?
-No normalnie...uchlałem się ...a potem mnie zrobił na takież oto "bóstwo"Jak?Nie wiem.Wiem tyle co ty Emms.-powiedział.Mowił o tym jakby ten denny idiota, Bradley leciutko go walnął w ramię,a tym czasem on go tak zniszczył...
-Elo gnoju.-do pomieszczenia wszedł Rocky wraz z Rikerem.
-Dzień dobry suko.-odezwał się równie chamsko Ross.
-E..e!Kultury.-upomnial ich Riker. Usłyszeliśmy tylko "Przepraszam" wypowiedziane chórem przez pokłóconych.Nie wiedziałam że Rik ma aż taki wpływ na nich...no wow-Ross potrzebujesz czegoś?-zapytał.
-Ym...,,Lot 68"(książka o samolotach) i... jakiś sok.-blondyn kiwnął głową.
Gadalismy jeszcze jakąś hmm...godzine albo dwie.
-Przyjdziesz jutro, Emms?-zapytał mnie. Riker i Rocky wyszli wcześniej bo zadzwonił bo nich Ryland...Co się stało? Nie wiem,Ale wesoło nie było.Mam wrażenie że oni, oprócz Rikera to taka mała patologia.
-Ym...no jasne.Tylko ze po 14 bo szkoła i...-zaczęłam.
-Spoko.-przerwał mi.-Dziękuję Emma.-uśmiechnął się.
-Wiesz...raczej nie masz za co. -zasmialam się.
-Jest.Ty mimo że mnie nienawidzisz przyszlaś...a mogłaś mnie mieć w dupie.Nie ukrywajmy, ostatnio wogóle nie byłem miły.-wytlumaczył.Szczerze mówiąc...jak leży tak na tym łóżku i dziękuję to mam ochotę go nagrać.W końcu tacy jak oni często tak się nie zachowują.
-To nie tak że cię nienawidzę...owszem,na początku jak cię poznałam nie pawałam szczególnym szczęściem...ale teraz lubię cię,Ross.-powiedziałam,a ten uśmiechnął się ciepło.-Muszę już iść...trzymaj się.-przytuliłam go i wyszłam.
Wybrałam numer do Dylana.Obiecał że przyjedzie więc usiadłam na ławeczce ,właczyłam muzykę i czekałam.Wszystko było by ok gdyby nie zerwał się okropny wiatr.
-Na kogoś czekasz.-zapytał nieznajomy mi chłopak...a raczej jakiś lekarz.Przynajmniej tak mowił jego strój.
-Tak... Na brata.-powiedziałam przebierając dłoń o dłoń co miało mnie chociaż troszkę ogrzać.
-proszę.-podał mi swoją bluzę.-Może wejdziesz do szpitala?-zapytał
-Nie, nie...mój brat jest bardzo Ym...punktualny i każde spóźnienie może się źle skończyć.-zasmialam się wkladając na siebie bluzę.Pachniała pięknymi meskimi perfumami...zawsze kochałam ich zapach.Pamiętam jak bardzo kochałam przytulać się do taty...czułam  jego ciepło i zapch którego nie zapomnę do końca życia.Ten lekarz używa tych samych perfum co on...
-Jestem Nathan.-uśmiechnął się i podał mi dłoń.
-Emma -odwzajemniłam gest.
-Ładnie.-powiedział.
-Haha...dziękuję.
-O widzę że Maroon5 na tapecie.-wskazał na wyświetlacz mojego telefonu.Skinelam głową.-Też ich lubię...
-Serio?-nie dowierzałam
-Tak...Byłem na ich ostatnim koncercie i na przyszłym najprawdopodobniej też będę.-zasmiał się.
-Zazdroszczę ci...ja miałam być  w tamtym roku,ale dostałam zapalenia płuc...-westchnęłam po czym głośno się zaśmialam.
-To wcale nie śmieszne...zapalenie płuc to poważna sprawa.Bardzo nieodpowiednie zachowanie-powiedział poważnie.Zrobiło mi się trochę głupio...nie wiem jak,czemu i po co...poprostu.Zaczerwieniłam się.-Żartuje.-wybuchł niepochamowanym śmiechem.Myslałam że zejde...Nienawidzę jak ktoś ze mnie żartuje i zazwyczaj strzelam,, Focha" po takich akcjach,Ale chyba zrobię wyjątek...Nathanowi robią się przesłodkie dołeczki kiedy sie śmieje.-Może jestem lekarzem...ale w miare młodym.Spokojnie.-dodał.
-HAHA.Nie śmieszne.-powiedziałam z sarkazmem.
-Oj no nie gniewaj się...-leciutko walnął mnie w ramie,a ja również zaczełam się śmiać.W tym samym czasie przyjechał Dylan.
-Ja już muszę lecieć...Wielkie dzięki za bluzę.-zaczełam ściągać bluzę z siebie,Ale blondyn założył mi ją ponownie.
-A co Ty na to żeby oddać mi ją w piątek na kolacji?-usmiechnął się pięknie...mówię dosłownie.Ma idealny uśmiech.Mimo to nie wiedziałam co odpowiedzieć...przecież go nie znam.A co jeśli to jakiś zboczeniec?Albo morderca?Ehh...ja zawsze biorę pod uwagę najgorsze scenariusze.Chwile się zastanowiłam,poczym wybrałam.Ta decyzja będzie chyba prawidłowa...............

CDN <3
Komentujcie kotełki kochane,bo mam wrazeenie że piszę dla siebie :<

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 7 cz.2

,,life is beautiful , just horrible people"


-Riker...Rocky już jedzie.Musimy poczekać.-Alexa zatrzymywała złamanego chłopaka przed wejściem do samochodu.
-Nie jestem kaleką!-krzyknął.Mimo uniesionego tonu jego głos wydawał się ciepły i troskliwy...Miał to wrodzone?
-Przecież wiem...ja nie to mam na myśli.Dobrze wiesz w jakim stanie jest twój organizm.Jeden niewłaściwy ruch czy gest może się źle skończyć.-tłumaczyła.
-Alexa...przestań się tak nade mną rozczulać.-powiedział poważnie.-Mam 23 lata.Nie pięć ,nie dziesięć TYLKO 23.Potrfie sam o siebie zadbać.-uniósł się.Dziewczyna patrzyła na niego ze zdziwieniem?Coś pomiędzy tym a lekkim zawiedzeniem się.
-Riker...Nie rozczulam się nad tobą.Uwierz mi...nawet Rocky'emu w takiej sytuacji bym pomogła.Przecież ja nie chce źle...-powiedziała .-Chcę dobrze.
-To może jemu pomóż...ja już mam cie dość.-powiedział cicho,odwracając się w stronę samochodu.Nie chciał aby dziewczyna to usłyszała...żeby ktokolwiek to słyszał.To były jego zdaniem głośne myśli...Niestety zbyt głośne.
-Słucham?-zapytała cicho,a ten odwrócił się zakłopotany.-Nawet ty...?-jej oczy zaszkliły się.
-Alexa ja...nie to miałem na myśli.Nie...-próbował się wytłumaczyć.
-To co miałeś?-po jej policzku spłynęła łza.
-Ja...nie płacz.-podszedł bliżej niej.Przytulił ją.
-Zostaw.-odsunęła się.Riker totalnie nie wiedział co zrobić.Rozumiał że dotknęło to dziewczynę,ale sam nie potrafił wytłumaczyć jego okropnych słów.-Myślałam że przynajmniej ty tak o mnie nie myślisz...spuściła wzrok, po czym odeszła.
-Nie mam cię dość.Ja nie wiem co powiedziałem...zrozum mnie...To wszystko mnie przerasta.-złapał ją za nadgarstek.

***Riker***
Matko boska...co ja narobiłem?Czy ze wszystkich wad świata,Bóg musiał mi dać akurat nie wyparzoną buzie?! Nie mogłem dostać krzywego nosa albo zębów?
-Zostaw mnie.-rozpłakała się i uciekła.Próbowałem ją jakoś dogonić ,ale ból pleców był silniejszy.
Usiadłem na schodach przed domem Emmy.Dziewczyna cały czas siedziała w domu i czegoś szukała...
-Em...Gdzie Lexa?-zapytała stając przede mną i rozglądając się w poszukiwaniu przyjaciółki.
-Nie ma jej...-westchnąłem.Dziewczyna wytrzeszczyła oczy,a ja wstałem.
-A gdzie jest?
-Nie wiem...uciekła.-spuściłem Głowę.
-Co?!Coś ty jej zrobił?!-krzyknęła.Mogę założyć się że pół mieszkańców tej ulicy ją słyszało.
-Cicho...-zatkałem jej buzie.-Trochę się pokłóciliśmy...-powiedziałem.
-O co?-próbowała zabrać moją dłoń.Na marne.
-Powiedziałem jej coś ...O ROCKY!-sprawę uratował mój brat...Całe szczęście że przyjechał akurat w tym momencie.Zdążyłem poznać Emme i wiem do czego jest zdolna jak się wkurzy.
Szybko popędziłem do samochodu...oczywiście na tyle szybko,na ile pozwalało mi samopoczucie.
Usiadłem obok bruneta.
-Haha ,a tobie co?-zapytał patrząc na moją zmęczoną i przestaszoną minę.
-Hej .-do samochodu weszła także dziewczyna.
-O hej śliczna...co żeś zrobiła Rikerowi?-zapytał odpalając silnik i ruszając.
-Pytanie co on zrobił Alexie...-zawarczała.
-Długa historia...-westchnąłem.
-Mam czas.-powiedziała pewna siebie.
-A ja nie...-próbowałem jakoś wymigać się od odpowiedzi.Przez pół drogi męczyła mnie jeszcze o to.Całe szczęście Rocky zaczął inny temat,po czym nie chciało się jej już o tym rozmawiać,albo zapomniała.
........................
-Dzień Dobry .My do Rossa,Rossa Lyncha.-stanęliśmy przed recepcjonistką.
Ja i dziewczyna chcieliśmy się dowiedzieć czegoś na temat Rossa...tssa...a Rocky znalazł ciekawszy temat.
-Pani szef jest ślepy?-zapytał Rocky.Wpatrywał się w rudowłosą ,śliczną kobietę z zainteresowaniem.
-Nie,a czemu Pan pyta ?-zaśmiała się.
-Bo kto normalny przyjmuje kobiete z zezem do pracy jako recepcjionistka.-wpatrywał się w jej oczy.Cały czas machał jej dłonią przed twarzą sprawdzając czy tak śledzi jego ruchy.-Hyhy...-zaśmiał się jak prosiak ,kiedy dotknął jej nosa,a ta zrobiła jeszcze większego zeza.W głębi  umierałem ze śmiechu z zachowania tego palanta,ale z drugiej miałem ochotę go zabić.
-Rocky!-brunetka walnęła go lekko w głowę na gest opanowania się.
-No sorry...-westchnął.-Sorry zezi...-spojrzał na rudą ,która była już tak wkurzona że o mało nie wybuchła.
-Niech nam pani powie który pokój i nie psujmy sobie więcej nerwów.-uśmiechnęła się Emma.
-316.-uśmiechnęła się ciepło kobieta.Już mieliśmy odejść,ale Rocky musiał dorzucić swoje "5 groszy."
-Mam pytanko...Ile "mnie" Pani widzi?-zapytał.
-Idź mi stąd Ty wredne dziecko!-powiedziała poważnie.Brunet uniósł dłonie w geście obrony i odszedł.Ja i Emma zaczęliśmy się śmiać z głupoty braciszka.
W końcu znaleźliśmy się przed pokojem Rossa.Przeszły mnie okropne ciarki.Widziałem że dla Emmy też nie było to łatwe...w przeciwieństwie do Rockyego który poszedł kupować sobie kauczuki w automacie.Zdecydowanie zabrakło mu dzieciństwa...ale co ja poradzę.Nie tylko jemu.Mi i reszcie również.Można powiedzieć że od ukończenia 18stki stałem się ich ojcem.Jedynie Rydel wyszła na ludzi...Ma teraz swoją firmę w N.Y ,a za niedługo wychodzi za Ellingtona.Od jakiegoś...hm...roku?Tak,chyba tyle.R5 ma przerwę.Głównie przez to że miałem problemy z Rossem w szkole,gołąbeczki(Rydellington ) wyjechali ,a ja sam mam dużo roboty.Nie wiem kiedy wyjdziemy na prostą,ale obawiam się że nie zbyt szybko.
-Idziemy?-zapytała.Kiwnąłem głową i otworzyliśmy drzwi.Widok jaki tam zastałem kompletnie zwalił mnie z nóg.
Leżał tam Ross .Głowę owiniętą miał białym bandażem, nogę w gipsie i jeszcze mnóstwo kabelków podłączonych do niego.
Emma zatkała usta.
Podeszła bliżej niego...całe szczęście nie spał.
-Hej Ross.-powiedziała nie ściągając dłoni z ust.-Jak się czujesz?-usiadła na krzesełku obok.
-Wspaniale.-powiedział z sarkazmem.-Dziękuje że przyszłaś...-złapał ją za dłoń.Ta się uśmiechnęła.
-Nie ma sprawy...Co się tak właściwie stało?-zapytała.
-Brad się stał...-westchnął.
-Słucham?-zdziwiła się.
-No Bradley...Bradley mnie tak użądził.-powiedział poważnie.
-Bradley?Przecież to twój najlepszy przyjaciel...
-Czy wy mówicie o bracie Alexy?-włączyłem się w rozmowę.
-O Riker.-uśmiechnął się Ross.-Świetnie że jesteś.-wyszczeżył swoje ząbki.Chyba pierwszy raz od kąd pamiętam tak się ucieszył na mój widok.Zawsze traktował mnie jak ojca...co trochę ,pewnie dziwnie brzmi,ale to prawda.-Tak...a skąd ty ją znasz?
-Uczyłem i ostatnio się widywaliśmy...-powiedziałem siadając obok.
-Co za idiota!-wybuchła Alexa.I ja i blondyn nieźle się zakończyliśmy.-Czułam że cos nie gra,jak wtedy,kiedy zginęłąś, powiedział mi że jak zginiesz i umrzesz nie będzie płakał.Wmawiał mi potem że to żart...ale nie chciało mi się wierzyć.-powiedziała szybko.
-On tak powiedział?-zapytałem dla pewności.
-Tak.
-Ej ludzie...skończmy temat.-powiedział smutny braciszek.
-Nie ...ja tak tego nie zostawie...-powiedziała dziewczyna.-Potem wpadnę.-pocałowała mnie i Rossa w policzek,wzięła torbę i szybkim krokiem wyszła.Przeczuwam że źle to się skończy...





***************************************************************************
CDN <3
**************************************************************************
Elo ludki <3 Co by tu...Komentucie <3