czwartek, 30 kwietnia 2015

Rozdział 6

-Emma...wstawaj.Ja wychodzę.-ujrzałam nad swoim łóżkiem Dylana i...jakąś dziewczynę.Trzymali się za ręce,co było jedno znaczne.
-Coo?-zapytałam zaspana.Jak wstaje ,najczęściej nie jestem niczego świadoma.
-Ja i Sandy wychodzimy...A ty wstawaj bo już 13:00 jest.-powiedział i wyszedł.
13???O matko!Przecież na 13 umówiłam się z Lynchem!
Szybko wstałam ,ubrałam sie i zrobiłam  "poranne czynności".Zajęło mi to 30 minut...Nowy rekord,haha.
+++++++
Stoje przed domem Rossa i czekam aż mi otworzy.
-Cześć?-drzwi otwiera całkiem ładna blondynka.
-Hej , ja do Rossa.-uśmiechnęłam się.
-Aaa...przepraszam że pytam,ale  jesteś jego nową dziw...yy dziewczyną?-pyta.
-Nigdy!-wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Uff...no to wchodź.-wpuściła mnie do środka.Była bardzo miła...
-A Ty?Jesteś dziewczyną Rossa?-zapytałam.
-Niee...ja jestem jego siostrą.-zaprzeczyła.-On jest w pokoju.Trzecie drzwi po lewej,na górze.-uśmiechnęła się,a ja poszłam do wskazanego przez nią pokoju.
Zapukałam ,nikt nie otworzył.Lekko uchyliłam drzwi i ujrzałam Rossa śpiącego na wielkim łóżku,okrytego czarną kołdrą .Sam miał na sobie tylko bokserki.
Na początku nie wiedziałam co robić,ale po chwili zdecydowałam się że go obudzę.I tak pewnie zaraz by wstał , jest ok.14:00.
Zaczęłam go lekko szturchać.Miał tak młody sen że szybko się obudził.
-Cześć Emma.-uśmiechnął się przecierając oczy.
-Cześć Ross.-odwzajemniłam gest.-Czy przypadkiem o czymś nie zapomniałeś?-zapytałam.
-Nieee....dzisiaj sobota.Szkoły nie ma ,a sprawdzi...-nie dokończył ,bo chyba zrozumiał o co mi chodzi.-A no tak.No to możemy zaczynać.-usiadł.
-Ale że teraz?Przecież jesteś pół nagi.-zaśmiałam się.
-I co z tego...? -AHA.Ok...no coment.
-Okey...to chociaż weź książki i chodź do biurka.-powiedziałam i ruszyłam w stronę mebla ...Chłopak zatrzymał mnie łapiąc za nadgarstek.
-Nie chce mi się...Nie możemy się uczyć tu?-zapytał wskazując na łóżko.
Głośno westchnęłam ,po czym usiadłam obok niego.
-Dobra... na jakim etapie jesteś?-podałam mu książkę.
-Tu o.-pokazał mi jedną z kartek.
-Okay nie jest źle.-powiedziałam.-Jest bardzo źle.Ross co ty robiłeś przez tyle czasu?-dodałam zdziwiona.Ja przerabiałam ten temat w starej szkole i ani razu nie prosiłam o pomoc...
-Nie mam głowy do matmy...-westchnął.
-Masz,masz.Tylko ci sie nie chce.-walnęłam go lekko w Głowę, śmiejąc się przy tym.-Dobra ,a więc...-zaczęłam mu wszystko tłumaczyć.
-Emma ,to nie ma sensu.-powiedział po 30 minutach nauki.
-Ma sens!Tylko przestań myśleć o czym kolwiek innym...teraz ważna jest matematyka.Ross nikt jej nie lubi ,ale mimo to trzeba się jej uczyć.powiedziałam.Blondyn skinął głową.
**2godziny później**
-Ok ,oddaj .-wskazałam palcem na kartę ,na której napisałam Rossowi parę przykładów do rozwiązania.Nie pomagałam mu w ich zrobieniu,poprostu sprawdzałam jego wiedzę na temat przekazanych przeze mnie wiadomości.
-Prosz...-podał mi ją.Zaczęłam sprawdzać...wynik był co najmniej wspaniały!W końcu ten debi...znaczy Ross ,pojął.
-Brawo 10/10!-uśmiechnęłam się.
-Serio?-zapytał nie dowierzając.
-Tak,serio.-potwierdziłam.
-BOŻE!-ucieszył się.-Dzięki Emms...
-Okay...to ja już będę lecieć.-zgarnęłam książki.
-Czemu?
-Bo wszystko umiesz?-zaśmiałam się.
-No tak...ale przecież możemy gdzieś iść,lody,pizza,kawa?Co chcesz.-powiedział rozciągając się.
-Wiesz co...Nie mam nic przeciwko,ale sam mówiłeś że "psuje ci reputacje", więc nie dzięki.Nie chce iść nigdzie z osobą która się mnie wystdzi.Pa...-ruszyłam w stronę drzwi.
-Ej ,no Emma.Nie przesadzaj. Reputacja ,reputacją...Chcę się jakoś odwdzięczyć.-złapał mnie za nadgarstek.
-Jak chcesz się odwdzięczyć to może ... Nie rozmawiajmy.Nie to że cie nie lubie,ale...ygh nie ważne.
-Ważne.
-Nie,Ross.Póść.-próbowałam się wydostać.
-Powiedz o co ci chodzi...To puszczę.
-Chodzi o to że nie chcę się z Tobą spotykać.Tacy "BadBoye" jak ty ,źle mi się kojarzą.Nie zrozum mnie źle...ale kiedyś nie miałam tak łatwo ,a Ty i twoje zachowanie...no...przypominają mi o tym.-posmutniałam.
-Nie jestem BadBoyem!-oburzył się.
-Nie chce mi się z Tobą gadać,Ross...-wyszłam z pokoju.Przechodząć przez przedpokój zobaczyłam...swojego nauczyciela.To Pan Rocky!?-Dzień Dobry?-zdziwiłam się.
-O Cześć Emmo...Yyy...co ty tu robisz?-miał mine równie dobrą jak i ja.
-No...ja ten,przyszłam do Rossa.A to pa jest jego ...?-zapytałam.
-Bratem.-dokończył.
-Emma !Czekaj ,no!-wybiegł.Brunet był bardzo zdziwiony widząc brata w samych bokserkach.I jeszcze ja wychodząca z jego pokoju...No już wiem jak to wygląda.
-Yyy?Ross?-zdziwił się.
-To nie to co pan myśli.-wytłumaczyłam.
-Ja już wiem co myślę.Emma proszę opuścić nasz dom.-powiedział poważnie.Zrobiło mi się tak wstyd...
-Ale...to naprawdę nie tak.Ja i Ross ni...-nie zdążyłam dokończyć ponieważ brunet zatkał uszy.Dosłownie jak małe dziecko.
-Nie obchodzi mnie to.Już wiele razy to słyszałem,pewnie jesteś jedną z nich.Wyjdź,proszę.
-Dobrze...przepraszam.-wyszłam.Ross stał jak słup...Jaka ja jestem "UGHGY" . Po co ja się wogóle zgłaszałam do pomocy?!


Weszłam do domu i pierwsze co zrobiłam to położyłam się na kanapie w salonie i włączyłam telewizor.
*4 godziny później*
Zasnęłam zaraz po moim przyjściu.Obudziłam sie dopiero teraz. Nie chcę mi się wstawać...mamo.
-Hej Emma!-do salonu weszła Alexa.
-Hej?Jak ty tu weszłaś?-zaśmiałam się.
-Miałaś otwarte drzwi...Twoje dbanie bezpieczeństwo to porażka...-wybuchła śmiechem.Tssa...często śmieje się z sama z siebie...problem w tym że tylko ona.
-O ok...A po co przyszłaś?
-Odwiedzić.Przejeżdżałam z Dylanem obok i pomyślałam że wpadnę.Dyla nie ma?
-Nie wyszedł gdzieś...-usiadła obok mnie.
-Boże!Zapomniałabym!Wiesz co się stało...-i tak zaczęła sie rozmowa.Była bardzo dłuuga ponieważ All opowiadała mi o tym co kupiła na ostatnich zakupach,czego sie dowiedziała o kimś tam i BLA BLA BLA.Nie ukrywam,sama święta nie jestem w końcu też trochę poplotkowałam,ale nie tak jak ona!Haha,jej to się buzia nie zamyka.
Minęły ok 3 godzininy ,a my z ...no przyjaciółką,dalej nawijałyśmy.

Nagle ktoś zapukał do drzwi.Poszłam otworzyć,a dziewczyna postanowiła że w tym czasie zrobi nam herbatę.
-Cześć Emmo.-przed moim domem stał...Nauczyciel?!Tak,nauczyciel tańca,Riker.Ym...ookay.
-Y...Dzień dobry?Coś się stało?-zapytałam widząc jego niecodzienny wyraz twarzy.
-Tak...znaczy nie.Ym nie wiem.Chciałem zapytać czy jest u ciebie Ross?-jąkał się.
-Nie ,nie ma.A czemu miałby być?-zdziwiłam się.
-Bo ostatnio często was razem widywałem.Mniejsza o to czy wiesz gdzie on może być?
-Niestety,ale nie.-uśmiechnęłam się.Chłopak ukucnął i schował twarz w dłoniach.-Yy...proszę pana?Coś się stało ?-przyklęknęłam.
-Ross uciekł...-powiedział cicho.
-Jak to uciekł...niech pan wejdzie.-pomogłam mu wstać.Był bardzo osłabiony i nawet to sprawiało mu trudność.Dziwne jak na nauczyciela tańca.
Usadziłam go na kanapie .
-Alexa zrób jeszcze jedną!-krzyknęłam.Usłyszałam tylko  "OKAY" i powróciłam do blondyna.
-Masz gości?To ja pójdę...-próbował wstać.
-Nie ,nie...Niech pan zostanie.Jak pan wogóle tu przyszedł?Jest pan taki osłabiony, że nie zdziwiłabym się jakby padł pan na ulicy.
-Wiem...-westchnął.
-Dla kogo ta trze...E dzień dobry.-do pokoju weszła Alexa .Nie udawała że się nie zdziwiła.
-Cześć .-uśmiechnął się.Dziewczyna położyła na stoliku napoje (herbate) i sama również usiadła.
-Co się stało?-zapytała.
-Ross uciekł z domu...
-Niech się pan nie martwi.Ross to typowy "badboy"...na pewno wróci.Musi pan tylko poczekać aż mu się pieniążki skończą.-zaśmiała się.
-Nie dziewczyny...Ross może i jest nie miły i trudno się z nim dogadać,ale nigdy nie uciekał i nie sprawiał większych kłopotów.On może sobie coś zrobić.-powiedział poważnie.
-A tak właściwie to czemu uciekł?-zapytała brunetka.
-Pokłócił się z Rockym,jego i moim bratem,o to że wygonił jakąś dziewczynę z domu ,bez powodu.-zatkało mnie.Dobrze wiedziałam że chodzi o mnie...Jeny co ja narobiłam?!
-Y..al,ale konkretniej?-zająkałam się.
-Nie wiem o co chodziło tak dokładnie,ale ponoć przyszła do niego jakaś dziewczyna ,a on był w samej bieliźnie ,co było jednoznaczne ,ale nic nie robili...yh nie wiem.-schował twarz w dłoniach....ponownie.Alexa wytrzeszczyła oczy i spojrzała na mnie.Domyśliła się kim była ta dziewczyna.Położyłam palec na ustach ,co miało oznaczać żeby nic nie wygadała.Kiwnęła głową.
-Prosze pana...-usiadła bliżej nas.Cały czas siedziała po przeciwnej stronie.Niepewnym ruchem położyła dłoń na plecach mężczyzny.-Możemy przecież go poszukać,prawda?
-Nie dam rady...-powiedział prawie płacząc.-Od kilku miesięcy żyje na antydepresandach i innych pierdołach...Rzadko jadam,a o spaniu już nie wspomnę.Jeszcze ten cholerny ból pleców...
-Mój brat ma prawko , możemy się z nim zabrać i objechać miejsca do których Ross najczęściej chodzi.Bradley jest jego najlepszym przyjacielem...na pewno je zna.-uśmiechnęła się.
-Mogłybyście?-lekko podniósł głowę.Alexa zdjęła dłoń z jego pleców i spojrzała na mnie.
-Oczywiście.-powiedziałam.
-Bardzo wam dziękuje.To naprawdę wielkie co dla mnie robicie...-na jego twarzy zawidniał piękny uśmiech.
-To ja zadzwonię bo Brada...-powiedziała Alexa i wyszła na chwilkę do osobnego pokoju ,po czym wróciła.-Zaraz będzie.-uśmiechnęła się.-A dzwonił Pan do Rossa?
-A żebyś wiedziała ile razy...-westchnął.
***20 minut później***
Do domu wszedł Bradley.Szybko odwróciłam wzrok.
-Dobry wieczór.-przywitał się ze wszystkimi.-Cześć Emma.-podszedł do mnie.
-Czesć.Dobra to robimy tak,Alexa i Bradley jadą szukać Rossa ,a ja i odprowadze pana Rikera.
-Poprostu Rikera.-poprawił mnie blondyn.Zdziwiło mnie to trochę bo mówić do swojego nauczyciela po imieniu...no nie wypada.
-O nie ,nie,nie.Wy gamonie...-złapała Brada za rękaw od koszuli i pociągnęła w moją strone.-Idziecie razem.Mam już dość tego że się unikacie.-Popchała go jeszcze bliżej mnie.
-Yh...OK jedziemy.-powiedziałam z uśmiechem.Nie był szczery ,ale nie było tego widać.
Wyszliśmy z domu i pokierowaliśmy się w stronę samochodu.Alexa obiecała że zajmie się pa...Rikerem.


*************w tym samym czasie***********ALEXA******
-To co?Chcę pan tu zostać czy idziemy?-uśmiechnęłam się.
-Wolałbym pójść.I...nie mów do mnie "pan" ,ok?-zaśmiał się.
-Haha,no dobrze.-podałam mu rękę aby mógł wstać.Kazałam mu zarzucić jedną rękę na plecach,bo będzie mi i jemu łatwiej.Powolnym krokiem ruszyliśmy w stronę drzwi .
Szliśmy bardzo powoli.Na dworze pogoda była poprostu...niesamowita.Bezchmurne piękne niebo,posłane gwiazdami i księzycem.Czasami wiał ciepły wiatr,który nieswornie rozdmuchiwał mi włosy na wszystkie strony świata...Noc idealna.
-Ładnie ,co?-uśmiechnęłam się.
-Taak...-wziął głęboki oddech.Szybko tego pożałował bo zaczął natarczywie kaszleć.
-Riker,wszystko gra?-posadziłam go na ławce.
-Tak...-zaczął głebiej oddychać.
-Spokojnie...wdech i wydech...-zaczęłam mu dyktować.Po chwili chłopak zaczął oddychać równo ze mną.
-Dziękuje.-uśmiechnął się,a ja odwzajemniłam gest.
-Chodźmy...-jakoś doszliśmy do domu.-Gdzie twój pokój?-zapytałam wchodząc do posiadłości.
Wskazał palcem na schody.Weszliśmy do niebieskiego królestwa pełnego gitar , krawatów i opakowaniach po jedzeniu.I tak mogę przyznać, że jak na chłopaka ma całkiem niezły gust.(chodzi o pokój.)Zostawiłam go na łóżku.-Połóż się ,a ja zrobię ci coś do jedzenia.-powiedziałam i już chciałam wyjść.
-Nie jestem głodny.-powiedział.
-Jesteś...Riker sam mówiłeś że od paru dni prawie nic nie jesz...zresztą zobacz jak wyglądasz.-odsłoniłam lekko jego koszule ,która zaktywała jego chudziutki brzuch.
-Ale...mam jeszcze tyle do zrobienia.-chciał wstać.Zatrzymałam go.
-Zjesz,pójdziesz spać i dopiero jak się pożądnie wyśpisz będziesz mógł robić na co żywnie masz ochotę.Nie będę ci już jutro przesadzała.-powiedziałam poważnie.
-Nie przeszkadzasz mi...
-Ciesze się.-skierowałam się w stronę drzwi.
-Ale nie mam 5 lat.-dodał.
-Ale twój stan nie jest najlepszy...Już dawno powinniśmy wezwać lekarza.
-Nie jesteś moją mamą.
-Jeju...Riker ,masz dziewczyne?-zapytałam.Te pytanie trochę go zaskoczyło.
-Tak.
-To świetnie...Teraz popatrz.-usiadłam obok niego.-Twoja dziewczyna jest w Tobie bardzo zakochana,prawda?-kiwnął głową.-Ty też ją kochasz.-powtórzył gest.-A jak się kogoś kocha to chce się dla niego jak najlepiej...A Ty swoim anorektycznym ,głupim zachowaniem doprowadzasz się do takiego stanu.Wiesz że ponad 50% osób "chorych" na anoreksję zostaje bezpłodnym?Chcesz tego?-zapytałam.
-Nie jestem anoretktykiem.
-Riker do jasnej cholery !To zjesz to czy nie?
-Nie zjem...A skąd wiesz to o tych dzieciach?
-Wiem bo...ym...moja koleżanka była anorektyczką...i ona ten...dużo o tym czytała i mówiła mi potem-jąkałam się.
-Jak ma na imię ta "koleżanka"?-zapytał z nutką współczucia,ciepła w głosie.
-Nie wiem...
-A nie przypadkiem Alexa?-położył swoją dłoń na moich plecach.
-Nie wiem...Dobra skończmy temat.Ty zjesz coś ,a ja ...ja już idę.-wmamrotałam.
-Nie...-złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.Znów siedziałam.-Czy ta koleżanka to Alexa?
-Riker ja...-nie wiedziałam co powiedzieć.-Ja już sama nie wiem...-spóściłam głowę.
Przytulił mnie.
-To było straszne...-z oczu poleciało mi parę łez.-Jadłam tylko chleb i popijałam go wodą...wiecznie czułam głód mimo to nic z tym nie robiłam.Chodziłam cały czas do toalety ... czułam że muszę zwymiotować,bo jestem za gruba.Nie pozwolę ,aby kto kolwiek przechodził przez to samo...-powiedziałam.
-Dobrze...zjem to.-zdziwiłam się.
-Naprawdę?
-Tak.-uścisnęłam go.Znów zaczął kaszleć.-Przepraszam.
-Nic nie szkodzi...-uśmiechnął się.
Poszłam do kuchni i przygotowałam mu małą kolacje...tssa,małą?Była ogromna.
-Proszę.-postawiłam tacę z jedzeniem na jego kolanach ponieważ leżał na łóżku.
-Dziękuje.-przeszedł do pozycji siedzącej.Widziałam że każdy,nawet najmniejszy ruch sprawia mu ból.-Zadzwonisz jutro po lekarza?-zapytałam po chwili.
-Nie ma takiej potrzeby...To tylko ból pleców.Za dwa dni przyjeżdża Rydel ona mi posmaruje je maścią i wszystko przejdzie.
-Rydel to twoja dziewczyna?
-Nie,siostra.
-Orginalne imie.-zaśmiałam się.-Ale dwa dni to trochę za dużo...nie uważasz?
-Trochę...Wytrzymam.
-Gdzie jest ta maść?-zapytałam po chwili namysłu.
-Tam.-pokazał na małą szufladkę.Podeszłam do niej i wyciągnęłam białe pudełko.
-Połóż się.-powiedziałam widząc że chłopak nie wciśnie więcej kanapek.Odstawiłam tacę na biurko .Lekko zsunęłam z blondyna koszulkę i usiadłam obok.Zaczęłam smarować jego obolałe miejsca.Co chwila syczał z bólu mimo to kazał mi kontynuować.
Kiedy skończyłam zobaczyłam że odpłynął ...Zasnął jak dziecko z uśmiechem na twarzy.Nakryłam go kołdrą,zgasiłam światło i wyszłam z pokoju.
Zobaczyłam siedzących w salonie Bradleya i Emme.Szybko zgadłam że Ross się nie znalazł ,co widocznie nie było przyjemne dla brunetki.
-Od kiedy tu jesteście?-zdziwiłam się.
-Od jakiś 5 minut...Gdzie Riker?-powiedział chłopak.Brązowooka cały czas wpatrywała się w jeden punkt na stole.
-Zasnął.-wytłumaczyłam siadając naprzeciwko nich.-A co z baranem?-zapytałam z lekkim śmiechem.Nigdy nie lubiłam blondaska więc nie zasmuciło mnie jego zniknięcie.
-Nie mów tak o nim..............



CDN <3


KOMENTUJCIE PYSIAKI <3 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 5 cz.2

-Ej śpiąca królewno...może byś tak łaskawie wstała.-ze snu wybudził mnie głos Dylana.
-Yghf...która godzina?-zapytałam zaspanym głosem.
-7:26-odpowiedział.Kiedy to usłyszałam szybko zerwałam się z łóżka i podbiegłam do szafy.-Haha!Wiedziałem że tak będzie.-zaśmiał się złośliwie.
-Trzeba było mnie obudzić!-krzyknęłam wyciągając z szafy pierwsze lepsze spodnie i koszulke.
-Trzeba było nie siedzieć do północy u koleżanki.-wytyknął mi język.O jeju....jak ja mam ochote, czasami walnąć go  tak mocno, żeby raz na zawsze zamilkł.Albo dać mu jakąś miksture...ehh, no cokolwiek,byleby był cicho i się ode mnie odczepił.-Tak wogóle...Masz powiedzieć twojemu nauczycielowi , że ty z mamą wyjeżdżacie.-złapał za klamke.
-Chwila , chwila...-zatrzymałam go.-A co z tobą?-spojrzał na mnie roześmiany.
-Przecież to mama straciła pracę ,nie ja.-otworzył drzwi.
-I co?! Ty sobie tu zostaniesz , a ja będę musiała się męczyć w N.Y z babcią i mamą?! -zdenerwowałam się.
-Chcesz to zostań...-powiedział . Nie ukrywałam mojego zdziwienia.
-T...Ty mówisz serio?-nie dowierzałam.
-No w sumie...wiem że nie było ci łatwo w NY , a i tak nie ma mnie całymi dniami w domu.Jesz mało , kasy też jakoś nie nadużywasz...Chyba dam radę utrzymać nas dwóch.-uśmiechnął się.
-O boże !-przytuliłam go.-Dziękuje.-ścisnęłam mocniej.
-Już okay...radze ci się pośpieszyć bo za 10 minut masz autobus.-powiedział.
-Autobus?-zdziwiłam się.
-Tak...Zbieraj się.-powiedział i wyszedł.Czułam się taka szczęśliwa.
Chciałam jak najszybciej powiedzieć Alex...Jak jej wczoraj powiedziałam że się wyprowadzam,to zaczęła ryczeć...Ja sama również.Znamy się zaledwie parę dni ,a już czuje że to właśnie ona jest moją najlepszą przyjaciółką.
Jak najszybciej mogłam ubrałam się i pomalowałam.
Wybiegłam z domu w momencie kiedy autobus miał już odjeżdżać...na szczęście dogoniłam go.

*szkoła*
Dojechałam do szkoły 5 minut przed dzwonkiem.To wystarczający czas aby zanieść do szafki nie potrzebne mi narazie książki.
-Cześć Emms.-usłyszałam głos Rossa.Właśnie zamykałam szafkę.
-Emms?-zaśmiałam się.-Dlaczego akurat tak?-zmierzałam w stronę klasy.
-No bo tak jakoś krócej.-odparł.
-Ale Emms ma tyle samo liter co Emma.
-Oj...mniejsza z tym.-machnął ręką.-Co ty taka rozbananiona?-zapytał.
-Bo nie wyjeżdżam do N.Y!Zostaje w L.A!-pisnęłam.
-Serio?-uśmiechnął się.
-Serio!-przytuliłam go.
















-Ej!-krzyknęł Cassadiy.-Co tu się dzieje?!-zapytała odpychając mnie od chłopaka.
-Nic się nie dzieje...-odparł.Dziewczyna zmarszczyła brwi.-No mówie serio...
-Nie kłam Foss.-powiedziała poważnie.Foss?Co ta dziewczyna ma w głowie?
-Nie Foss, tylko Ross.-zezłościł się.-Ile razy mam ci to jeszcze powatarzać?-krzyknął.
-Ojeju ...przepraszam.-lekko musnęła jego usta.Bleeee...ja bym się na jego miejscu bała całować Cassadiy.Ona jest taka tępa że nie zdziwiłabym się gdyby myła zęby płynem do naczyń.
Zadzwonił dzwonek , więc poszliśmy do sali.
-Pan Lynch?Nie spóźniony?Dziwne...-zaśmiał się nauczyciel.Blondyn był jeszcze wkurzony za to co powiedziała Cass ,a to co powiedział starszy jeszcze bardziej go dobiło.
-Ej,masz jakiś problem?!-przywarł go do ściany,grożąc pięścią.
-Lynch opanuj się!-krzyknął.
-Ja mam się opanować?!Ja zaraz ci pokaże jak się opanowuje...-Machnął ręką.Pech chiał że stałam zaraz za nim i również dostałam po policzku.Upadłam.
-Ała!-krzyknęłam łapiąc się za obolałe miejsce.Widziałam tylko jak reszta uczniów zbiega się wokół mnie...i "film się urwał".
Obudziłam się w gabinecie szkolnej pielęgniarki.
-Jak się czujesz?-zapytała.Lekko uniosłam glowew celu ujrzenia jej,ale rozsadziło mnie od środka i natychmiastwo powróciłam do wcześniejszej pozycji.
-Boli mnie głowa...-westchnęłam.
-No to , to jest raczej oczywiste.Zostaćspoliczkowanym przez Lyncha...musiało boleć.-zaśmiała się.
-Skąd pani go zna?-zdziwiłam się . 
-Prawie codziennie przyjmuję kogoś pobitego przez Rossa...Ten chłopak grozi wszystkim.-podała mi woreczek z lodem.
-To dlaczego go nie wyrzucicie ze szkoły?-zapytałam.
-Yhh...raczej nie powinnam ci tego mówić,ale Ross bardzo dużo przeżył w swoim życiu i traktujemy go ...że tak powiem...ym...ulgowo.-wytłumaczyła.
-No dobrze...Ja rozumiem to że dużo przeżył itp. ale to chyba nie może wpływać na to co robi.Przecież on bije uczniów,no i żeby tego było mało nauczycieli.
-No tak...Masz rację,ale trzeba go też zrozumieć jego ojciec...No nie był najlepszym wzorem .Stąd ta agresja.-westchnęła.
-A psycholog?Przecież wszystko da się ogarnąć...-zapytałam.
-Oj maleńka.Gdybyś wiedziała ile razy ,to wzywaliśmy psychologa...Jemu nie da się pomóc.
-Nawet niech pani tak nie mówi...Może...jego przyjaciel?
-Przyjaciel to tylko pogarsza sytuacje.Jest jeszcze bardziej agresywny i chamski niż Lynch.-machnęła ręką.
Zaczęłam myśleć...zrobiło mi się trochę szkoda blondyna.Moja przyjaciółka sama nie miała rodziny i przez to czasami zachowywała się...inaczej.
-Wie pani co?Już się czuje lepiej.Czy mogę wrócić na lekcje?-zapytałam.
-Tak,tak.Jak będzie cię coś jeszcze bolało to przyjdź.-uśmiechnęła się .Opóściłam gabinet i skierowałam się do klasy.Okazało się że "przespałam" dwie lekcje.
-Dzień Dobry.-weszłam.
-O,Emmo.Już wszystko dobrze?-zapytał nauczyciel.
-No...w sumie,tak.-usiadłam do ławki którą dzieliłam z jakąś dziewczyną...przypominała mi z wyglądu Cassadiy,która siedziała z Rossem ,razem,w ostatniej ławce.
-Ok dzieci...skoro już mamy wszystkich ,to chciałbym was powiadomić że za 1,5 tygodnia wyjeżdżamy na wycieczkę 3 dniową ,nad jezioro.-wszyscy się ucieszyli.-Ale...pod warunkiem.-oznajmił.-Chirston ,Lynch i Battlety muszą mieć przynajmniej czwórkę z najbliższego sprawdzianu z matematyki.Kto jest chętny im pomóc?-nastała cisza.
-Ja mogę pomóc Adamowi (Battlety).-zgłosiła się jedna dziewczyna.
-A ja Christonowi.-odezwała się ta obok mnie..-To co jest ktoś chętny?-zapadła cisza.Ross spuścił głowę...nie dziwię się że nikt nie chcę mu pomóc...jest wredny i baaardzo agresywny.Nawet jego dziewczyna...
-Ym...ja mogę mu pomóc.-nawet nie wiem jak i po co...ale się zgłosiłam.Mina Rossa stała się...szczęśliwsza?
-Jesteś pewna? Wiesz...nie chcę cię zniechęcać ,ale Ross cie uderzył i...-zaczął nauczyciel trochę ciszej by ten nie usłyszał.
-Tak , jestem pewna.-przerwałam mu...



CDN<3


Co by tu długo...Komentujcie,perełki <3

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział 5 cz.1


,,YOU IS ...BABY".




-Cześć...wchodzę.-powiedział pewny siebie blondyn i chciał przekroczyć próg drzwi wejśćiowych.
-Chyba śnisz.-prychnęłam wypychając go.Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.
-Oj, no...Przecież nie ja ci o zrobiłem.-westchnął i znów próbował się wprosić.
Trzasnęłam drzwiami , dosłownie przed nosem Rossa.
Zaczął walić w drzwi...Minęło 5 minut...10...15. Nie wytrzymałam.Strasznie wkurzało mnie te jego walenie.Otworzyłam je.
-Możesz mi powiedzieć po co to robisz!?-krzyknęłam.Chłopak spojrzał na mnie...przestrasznony?! Haha...On jest wyraźnie przestraszony.
-Nie krzycz tak...-powiedział cicho.-Muszę z tobą pogadać.-dodał.Jego mina mieniła się na...na smutną.
-Ze mną?-zapytałam dla pewności ,że się nie przesłyszałam,a on pokiwał głową.-Zły adres.Ze mną już nie masz o czym gadać.-chciałam ponownie zamknąć drzwi, ale On zatrzymał je swoim butem.
-Emma...Przestań.Daj mi chociaż pięć minut.-rozpłakał się.Nie wierze! Ross płacze. Hahaa...zejde na miejscu.Chociaż...widzę że coś go gryzie.Nie wiem dlaczego...ale wpóściłam go.A NIE! Wiem dlaczego...Przecież głupia Emma Redson zawsze miała wyrzuty sumienia, jak kogoś nie wysłuchała.
Usiedliśmy na kanapie, w salonie.
-Ross...dlaczego płaczesz?-zapytałam.Spojrzał na mnie czerwonymi, opuchniętymi oczami.Zrobiło mi się go strasznie szkoda...Mimo że jest świnią.
-Obiecaj mi że nikomu nie powiesz.-kiwnęłam głową.-Cassadiy...Ona...-ukrył twarz w dłoniach.
-Ross! Co się stało Cassadiy?!-zapytałam.
-Nic się jej nie stało...-powiedział.-Tylko że Ona...jest w ciąży.-zatkało mnie.Przecież oni mają po siedemnaście lat...
-O cholera...Ej, nie martw się będzie dobrze.-pogłaskałam go po plecach.
-Nie ! Nie będzie. Jestem aktorem,wokalistą i ...dzieckiem! Nie mogę zostać Ojcem!-krzyknął.
-Uspokój się...-powiedziałam.
-Jak mam się uspokoić jak ...-zaczął.Zatkałam mu buzię.
-Jesteś pewny ?-zapytałam.Chłopak kiwnął potwierdzająco głową.-Gadałeś z nią?-zaprzeczył.-Ross...ona potrzebuje teraz rozmowy.-westchnęłam.Pomyślałam chwilę i wstałam.-Jedziemy.-skierowałam się w strone wyjścia.
-Gdzie?-zapytał głupkowato.
-Hmm...A gdzie możemy jechać?!Może na lody?-zapytałam z sarkazmem.
Zamknęłam drzwi i wsiedliśmy do samochodu chłopaka.Przez prawie całą drogę...WRÓĆ.Przez całą drogę zastanawiałam się ,dlaczego mu pomagam.Narobił mi tyle przykrości przez te dwa dni, a ja jeszcze się do niego oddzywam.Jestem taka...ugh.
W trakcie drogi wypytywał mnie o to co ma powiedzieć Cassadiy.


*DOM CASSADIY*
Staliśmy przed ogromną, białą willą.
Co ja tu robię?Przecież ona mnie nienawidzi...
-Gotowy?-zapytałam.
-Nie...ale muszę.-stwiedził smutny.
-Będzie dobrze.-poklepałam go po ramieniu.Zapukaliśmy do drzwi domu ,dziewczyny.
Otworzył nam jej tata,który o tej sprawie wiedział tyle co nic. ( xD )
Wpóścił nas do środka , po czym zaprowadził do pokoju Cass.
Leżała na łóżku z głową w poduszkę.Szlochała.
Kiedy nas zobaczyła odrazu rzuciła się na Rossa, przytulając i ...zasmarkując go.
-Co ona tu robi?-zapytała wskazując na mnie palcem.Poczułam sie niezręcznie.
-Przyszła nam pomóc.-odpowiedział blondyn.
-To ona wie?! Jak mogłeś jej to powiedzieć!-krzyknęła,a on zaczął się drapać po głowie...najwidzoczniej było mu głupio.
-Spokojnie...nikomu tego nie powiem.-wytłumaczyłam.Chciałam go jakoś obronić.
-No mam nadzieje...A jak tylko piśniesz komuś słówko to cie zniszcze, rozumiesz?-zagroziła mi.
-Nikomu nie powiem.-powtórzyłam.-A robiłaś testy?-zapytałam.
-Jakie testy?-zdziwiła się siadając na łóżko.Ja i Ross zrobiliśmy to samo.
-No ciążowe...?-uśmiechnęłam się.Dziewczyna pokiwała przecząco głową.
-To skąd wiesz że jesteś w ciązy?-zapytał blondyn.
-Bo ostatnio...na moim dachu...-zaczęła.
-Zdradziłaś mnie z kimś na dachu ?!-krzyknął Ross.Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
-NEVER!-odpowiedziała szybko.
-To skąd masz pewność że jesteś w tej ciąży?-zapytałam.
-No bo ostatnio na moim dachu pojawiły się bociany.-uśmiechnęła się.Nie bardzo ją rozumiałam.
-I co to ma do rzeczy?-zapytałam.
-No a skąd się biorą dzieci?! To chyba jasne...Bocian je przynosi...-powiedziała poważnie.Spojrzeliśmy na siebie z Rossem i...wybuchliśmy niepohamowanym śmiechem.Tarzaliśmy się po podłodze...DOSŁOWNIE.
Po kilku minutach nie wiedziałam z czego się tak nabijam-z tego że Cassadiy to taka idiotka, czy dlatego że Ross jest czerwony jak burak.
-No już...-uspokajała nas blondynka.No właśnie...blondynka.-Z czego się tak śmiejecie?-zapytała.
Usiadłam na przeciwko niej , spojrzałyśmy sobie w oczy.
-Cassadiy...Twoja wiedza o robieniu dzieci jest conajwyżej na poziomie przedszkolaka.-powiedziałam.Ross ponownie wybuchł śmiechem, przez co dziewczyna wyrzuciła go z pokoju.-Bociany nie przynoszą dzieci, nie znajdujemy ich w kapuście ani nie sprzedają ich na bazarku...-uśmiechnęłam się.Miałam przez chwile wrażenie że mówie do dziecka...
-Jak ...Jak ...To skąd się biorą?-zdziwiła się.Zaczęłam jej wszystko tłumaczyć...co do "tych spraw" to mogę się założyć że zna każde miejsce i pozycje . Poprostu...nie wie jakie są tego konsekwencje.Dlatego nigdy nie chciałam być bogata...znaczy biedna też nie!Ale nie taka jak Cassidy.Udaje mądrale , jest przewodniczącą Chirlliderek , a w głowie nie ma nawet tzw.orzeszka.
Wyszłam z jej pokoju...na korytarzu czekał Ross.Miałam niezmierną ochote zaśmiać się mu w twarz ,ale on przytkał mi ją swoją dłonią.
-Cassadiy!-usłyszeliśmy wołanie jakiejś kobiety.Chłopak natychmiastowo chwycił mnie za dłoń i uciekliśmy z domu.
-Co się stało?-zapytałam zdziwona.Nic nie odpowiedział,wskazał tylko na samochód, żebym do niego weszła.Odjechaliśmy z pod domu dziewczyny i oddech Rossa odrazu się uspokoił.-Ej powiesz mi co się stało?-powtórzyłam pytanie.
-Nic takiego...-odpowiedział wpatrując się w jezdnie.
-Zawsze tak uciekasz z jej domu?-założyłam na nos białe okulary , które znalazłam w "schowku".
-Ktoś pozwolił Ci grzebać w MOICH rzeczach i zakładać MOJE okulary?-zaśmiał się.
-Sama se pozwoliłam.-wybuchłam śmiechem.Odziwo...tylko ja.-No...nie zmieniaj tematu.Dlaczego uciekliśmy z jej domu?-spojrzałam na niego.
-Oj Emma...nie bądź taka ciekawska.-powiedział .Chciał żebym się zlitowała...O nieee.
-Gadaj.-powiedziałam poważnie.-Ale najpierw daj mi coś do picia.
-Z tyłu jest.-wskazał na tylne siedzenia.Odpiełam pas i nachyliłam się aby sięgnąć po butelke.
Chłopak w tym samym czasie klepnął mnie w pośladek.
-Ałłła...chory jesteś?!-zapytałam z wyrzutem.
-Nie...w pełni zdrowy.-prychnął.-Co jak co, ale tyłek masz niczego sobie.-walnęłam go w ramię.
-Ja wogóle jestem świetna.-powiedziałam z sarkazmem.Zaśmiał się-Powiesz mi w końcu dlaczego uciekliśmy?-powiedziałam poważniej.Zaczął się motać.On coś ukrywa.......



CDN <3

Dobra myszki :D
Rozdział jest ,bo jest.Do najlepszych nie należy, ale...JEST XD
Idę już spać , bo 00:34 -poniedziałek...to chyba już nie mój czas ;)
KOMENTUJCIE , PROSZĘ <3

piątek, 10 kwietnia 2015

Rozdział 4

,,To make it easy, you first  must be terribly difficult"






*Gabinet dyrektora*

-Dziewczyny , mogę wiedzieć co to było?-zapytał mężczyzna.Nigdy nie miałam styczności z Panem Korthbirge...może dlatego że to jest mój drugi dzień w szkole?No właśnie...drugi, a już wylądowałam u dyrekcji. W tamtej wzywali mnie...ale tylko po to żeby przekazać mi jakiś list do rodziców z gratulacjami:za konkursy,oceny,(udzielanie sie )cele charytatywne itp...To chyba nie najlepsze rozpoczęcie "nowego życia".
Siedziałyśmy cicho...Ani ja , ani Cassadiy nie miałyśmy ochoty na to odpowiadać.-Hallo?! Proszę odpowiedzieć , w tej sekundzie.Panno Redson?-spojrzał na mnie.Zatkało mnie.
-No...Pokłóciłyśmy się o...o ...-nie wiedziałam co mogę wymyślić. Z jednej strony...chciałabym powiedzieć że to Ona na mnie naskoczyła z byle powodu...ale z drugiej, nie chcę mieć z nią problemów.-...mała kłótnia.-westchnęłam.
-Mała kłótnia , mówisz? Nie wyglądało to tak...-pokręcił głową.-Cassadiy czy wiesz o tym że to będzie już twoja szósta uwaga od dyrekcji? A po 8 wylatuje się ze...-zaczął grzebiąc coś w komputerze.
-Jak to?!-zeszła z krzesła.-Nie tak się umawialiśmy!-krzyknęła...O, czyli ona i Ross są siebie warci.Chodzi mi o szacunek do starszych.
-Ymm...Cassadiy...Poczekaj chwile.-powiedział zmieszany.-Panno Redson , dostajesz naganne.Idź na lekcje.-powiedział wskazując na drzwi.Nie ukrywałam zdziwienia...Odchodząc usłyszałam jak Cass mówi do faceta ,,Pójdźmy na taki układ, ja ci dam to co zwykle , Ty mnie nie wywalisz ze szkoły.".Nie wiem co o tym sądzić...To trochę dziwne i podejrzane że uczennica jest ze swoim nauczycielem na "TY".
Wyszłam z pomieszczenia .Powoli szłam na lekcje.
-Emma! Czekaj!-usłuszałam za sobą głos Rossa.Nie odwracając się, przyśpieszyłam .Dogonił mnie.-Gdzie Cassadiy?-zapytał zagradzajądz mi drogę.
-Nie wiem...pewnie siedzi jeszcze u dyrektora.Przepuść mnie.-powiedziałam oschle.
-Dlaczego Ty wyszłaś wcześniej?-zapytał , nadal nie odsłaniając mi przejścia.
-Kurwa nie wiem!To twoja dziewczyna , nie moja.PILNUJ JEJ SOBIE.-prychnęłam . Wyminęłam chłopaka...czułam przez chwile jego wzrok na sobie.
-Przepraszam za spóźnienie, ale byłam u dyrektora.-sapnęłam wchodząc do klasy.Nauczyciel pokiwał głową.
-Będziemy musieli porozmawiać po tej lekcji...Teraz siadaj.-powiedział.Posłusznie wykonałam polecenie...Pech chiał że ta lekcja to godzina wychowawcza...NIENAWIDZĘ.Nie wiem po co wogóle tą lekcje zrobili...żeby zanudzić uczniów na śmierć poprzez gadanie o wychowaniu? Nie wątpie.
Nauczyciel gadał coś przez pół lekcji...dopiero w tej drugiej połowie zaczęłam słuchać.Mówił o wycieczce kilku dniowej, nad jezioro.Znaczy hotel będzie niedaleko jeziora i lasku , a zwiedzać będziemy jakieś miasto niedaleko.SUPERR!Tylko...jak ?! Przecież za kilka dni się przeprowadzam. FUCK. Wyleciało mi z głowy...musze to obgadać jeszcze z mamą...Nie możemy tak poprostu stąd wyjechać.
Lekcja minęła by miło...gdyby do klasy , zresztą jak zwykle, wbiegł spóźniony Ross.Tym razem był też mega wściekły...Przez resztę lekcji ciągle kopał jakiegoś kujona , któy siedział ławkę przed nim.
-Emmo,podejdź tu.-powiedział nauczyciel , kiedy zadzwonił dzwonek.
-Tak?-uśmiechnęłam się.
-Posłuchaj mnie ...Ja wiem że jesteś nowa i że szukasz znajomych...Ale Ross to nie jest autorytet i wolałbym żebyś z nim nie spędzała przerw . Poza szkołą , oczywiście,ale nie w szkole.-powiedział całkiem poważnie.
-Ymm...Nie rozumiem.Ja Rossa nie "trawię" i nie chcę mieć z nim nic wspólnego, ale...zakazywanie uczniom spotykania się z innymi uczniami jest chyba nie na miejscu.To nie nauczyciele decydują z kim oni się spotykają,chyba że w tej szkole panują takie zasady...-zdziwiłam się.
-Emmo...ja rozumiem.Nie zakazuje ci się z nim spotykać...Tylko on źle wpływa na twoją frekwencje.Chodzisz do tej szkoły drugi dzień , a masz trzy spóźnienia.Jak to jest możliwe?-wytłumaczył.
-Dobra...postaram się więcej nie spóźniać.Przepraszam, mogę już iść?Jest długa przerwa?-zapytałam.Nauczyciel kiwnął głową , a ja pokierowałam sie w stronę stołówki.
Przed wejściem natknęłam się na Cassadiy...miała taki sam humorek jak Ross.Kiedy obok niej przechodziłam jak mówi pod nosem "suka",ale zignorowałam to.
Usiadłam przy pierwszym lepszym wolnym stoliku.Zaczęłam jeść spagetti ,które podawano.
-Eee...mała coś ci się nie pomyliło?-podszedli do mnie jacyś chłopcy.Ubrani na czarno...Typowi Bad-Boye. Dostrzegłam między nimi Rossa.
-E...no nie wydaje mi się.-prychnęłam.Spojrzeli na mnie, jakby mieli mnie zaraz zabić.
-To nasz stolik.Spadówa.NOW.-powiedział jeden z nich.Nie ukrywam ...trochę sie przestraszyłam.
-Wasz stolik?-zapytałam , a oni kiwneli głową.-A to nie jest przypadkiem własność szkoły?-dodałam z uśmieszkiem.
-Słuchaj...Masz 5 sekund na opuszczenie tego miejsca...-odezwał się.
-Bo?-prychnęłam.
-Bo to...-podszedł do mnie , wziął talerz ze spagetti i wysypał na mnie.
-Porąbało cię?!-krzyknęłam.Reszta chłopaków zaczęła się śmiać, a stołówka dosłownie wybuchła śmiechem na widok spagetti na moim biuście.Z tłumu chłopców...tych którzy mnie tak potraktowali...wyłonił się ...BRADLEY!
-Ej wszystko ok?-zapytał.Miałam ochotę go udusić.
-Ty, Ty na to patrzyłeś i nic nie zrobiłeś?!-krzyknęłam . Spuścił głowę...-Nienawidzę Cię.-rozpłakałam się i uciekłam z pomieszczenia.
Usiadłam na ławce przed szkołą i zadzwoniłam po Dylana,który kiedy usłyszał że płaczę odrazu zgodził się przyjechać.
Nagle ze szkoły wybiegła Alexa,usiadła obok niej.Nie wahając się wtuliłam się w nią.
-Ej nie płacz,będzie dobrze.-pocieszała mnie.Przez co jeszcze bardziej zaczęłam wyć.
-Nie będzie, Alexa.Mój koszmar z tamtej szkoły zaczyna się powtarzać...To dopiero początek.-szlochałam.
-Mój brat to debil...Nie zasługuje na ciebie.Uspokój się.-pogłaskała mnie po głowie.-chcesz żebym poszła tobą do domu?-zapytała.
-Nie...Ale dziękuje.-przytuliłam ją.
-Nie płacz już...-uśmiechnęła się.-Muszę spadać na lekcje,ale potem do ciebie wpadnę,ok?-potwierdziłam głową,a ta poszła w stronę szkoły.Chwilkę później przyjechał mój brat.
Pojechałam z nim do domu...Ale i tak zostałam sama bo musiał wracać do pracy.
Weszłam do mojego pokoju ,wyciągnęłam z szafy czyste ubrania i poszłam do łazienki.Napuściłam do wanny wodę i wsypałam morską,prześlicznie pachnącom sól.
Bardzo mnie to odprężyło...przez chwilę zapomniałam co się wtedy wydarzyło.
Po skończonym "relaksie" zeszłam do  kuchni aby coś zjeść...miałam wielką ochote na spagetti...wcześniej nie dano mi szansy żeby je zjeść.
Wyciągnęłam wszystkie potrzebne mi składniki...już miałam wziąć się za robotę ,ale zadzwonił dzwonek do drzwi.
-To Alexa...-spojrzałam na zegarek.Od tego incydentu na stołówce minęła godzina.Czyli albo Alexa wyrwała się z lekcji,albo to Bradley lub mama.
Podeszłam do drzwi.
Ku mojemu zdziwieniu, nie była to żadna z tych osób..................................


CDN <3
Ojoj...no co by tu dużo.Mam nadzieje że się podobało ;) Prosze o komy bo ostatnio było ich mało...
KOMENTUJESZ -MOTYWUJESZ <3

wtorek, 7 kwietnia 2015

Rozdział 3 cz.2

,,A friend in need is a friend indeed ..."






*chwile później*pokój Rossa*

-Po co mnie tu zaprosiłeś?-zapytała brunetka rozglądając się po pokoju chłopaka.
-Mam pomysł...-powiedział. Złapał ją za ramiona i usadził na łóżku.-Poczekaj tu...-uśmiechnął się i wyszedł z pokoju.
Niecałe 3 minuty potem wbiegł do niego z kilkoma gazetami.
-Eeee? Powiedziałeś że masz pomysł...czy tym pomysłem było oglądanie magazynów?-zaśmiała się.
-Nie.-położył je obok dziewczyny i sam też usiadł.-To nie magazyny ...Tylko gazety z ogłoszeniami.Kim jest...yy...była twoja mama?-zapytał.
-Psychologiem...chyba.-powiedziała.Blondyn zaczął się śmiać.-Co?
-Nie wiesz kim jest twoja mama?-zapytał zakrywając buzie...
-Nigdy jej o to nie pytałam...miałam ważniejsze sprawy na głowie.-prychnęła.
Chłopak kiwnął głową i podał Emmie parę gazet.Zaczeli je "przeszukiwać".
Co chwile znajdywali pasujące im prace...dzwonili, ale każda była już nieaktualna.
Po godzinie bez efektownej "pracy" opadli na łóżko.
-Ja już mam dość , a ty?-zapytała dziewczyna wpatrując się w sufit.
-Też...ale nie możemy tak tego zostawić...-oparł się na łokciu.-Sama mówiłaś  że nie chcesz wracać do NY.-dziewczyna kiwnęła głową.
-Ale Ross, co my możemy zrobić?Nic. Moja mama i tak wolała tam mieszkać, więc nie będzie chciała zostać i...-zaczęła.
-Mylisz się.-wciął jej się w słowo.-Logika myślenia "klasycznej" matki...nazywana jest przeze mnie banałem.Każda z nich chcę żeby jej dziecko było szczęśliwe...Wystarczy jej wcisnąć jakiś kit np. że znalazłaś prawdziwą przyjaciółke, albo że sie zakochałaś...I BOOM! Robi wszystko żeby zostać.-zaśmiał się.
-W sumie...dobrze myślisz. Ale są dwa powody dla których tego nie zrobie...-powiedziała.Blondyn się zdziwił gdyż uważał że jego pomysł jest genialny.-Po pierwsze~moja mama nie jest "klasyczna.-zaśmiała się.-Po drugie ~ Nie będę jej kłamać. -dodała.
-Oj Emma...Chcesz tu zostać czy nie?-zapytał.Dziewczyna potwierdziła, skinając głową.-No to w czym problem?!Od kłamstwa jeszcze nikt nie umarł...-powiedział.Brunetka zastanowiła się chwile.
-No dobra. Ale jak? Nie mam tu ani chłopaka , ani przyjaciółki.-założyła ręce na klatce piersiowej.
-To się da załatwić...Poprosimy kogoś żeby udawał.-prychnął.
-Tak.Bo napewno będą chcieli dla mnie kłamać...nikt mnie tu nie zna.-powiedziała sarkastycznie.
-Wątpisz we mnie?-zapytał z uśmieszkiem.-Czy naprawdę , wątpisz w Rossa Lyncha?-zapytał ponownie.Wybuchli śmiechem.-Głodna?-dodał kiedy się uspokoili.
-Bardzo...-westchnęła.
Zeszli do kuchni.Ross wziął się za robienie tostów, a dziewczyna usiadła przy stole .
-U ciebie zawsze jest tak cicho?-zapytała.
-Nie...w tym domu nigdy nie jest cicho.-zaśmiał się.-Nie wiem gdzie ich wszystkich wcięło.
-"ICH WSZYSTKICH"?
-Tak mieszkam z czwórką rodzeństwa i rodzicami.-Postawił na stół talerz z jedzeniem.-A ty masz rodzeństwo?-wziął pierwszy gryz.
-Tak...brata któy mnie nienawidzi.-zrobiła to samo.
-haaha...Jak to cię nienawidzi? Napewno tak nie jest.
-Jest uwież mi ...To długa historia.-ugryzła następny kawałek.Nagle wytrzeszczyła oczy i mało nie spadła z krzesła.-ROSS!Dzisiaj jest piątek! Szkoła!-krzyknęła.Chłopak oprzytomniał .
Kazał brunetce biec do domu po torbę .Powiedział również że zawiezie ją do szkoły.
Nie zajęło to nawet 10 minut.Emma i Ross nie wahając się i nie zastanawiając nad niczym, pojechali do szkoły...zabrali auto starszego brata chłopaka ponieważ jego "nie było w stanie".

*W szkole*
-Dobra kto wchodzi pierwszy?-zapytał blondyn, kiedy stali już przed klasą.
-Nie możemy wejść razem?-zaśmiała się.
-Nie...To...Nie...Oh ,nie mogą nas zobaczyć razem.-powiedział . Dziewczyna wytrzesczyła oczy.
-Niby dlaczego? Bo ucierpi na tym twoja "reputacja"? I tak jej nie masz więc się nie martw..-prychnęła.
-Nie o to chodzi. I Ej! Mam reputacje ...bardzo wysoką.-zrobił z rąk "precelka".
-Wstydzisz się mnie?
-Nie...znaczy...Oj no nie obraź się ...-tłumaczył.Emmę dopadły mieszane uczucia...z jednej strony pawała złością,a z drugiej miała ochotę się rozpłakać.
-Ty ...-wskazała na blondyna palcem.Nie chciała mówić nic więcej...tzn chciała ale,nie miała siły i ochoty.Weszła do klasy trzaskając za sobą drzwiami.
-Emmo...dlaczego si...-zaczął nauczyciel.
-Miałam problem z dojazdem.-wcięła się w słowo.Nauczyciel skinął głową i kazał jej usiąść.
Po chwili do klasy wszedł Ross z "podstawową" śpiewką...(chodzi o tłumaczenie swojego spóźnienia)
Kiedy przechodził obok ławki Emmy lekko się do niej uśmiechnął,lecz ta to zignorowała.
Chłopak przez połowe lekcji gapił się na dziewczyne...ale nie dlatego że mu się spodobała, gryzło go sumienie.Cassadiy , która siedziała obok niego, walnęła go łokciem.Była wściekła...co się dziwić, to chyba nienormalne jak  czyjś chłopak patrzy się na inną.
Zadzwonił dzwonek.Blondynka dała znać swojemu chłopakowi, że mają się spotkać za 5 minut przy szafkach.
Ross posłusznie wykonał zadanie  i na czas pojawił się w wyznaczonym miejscu.
-Co to miało być?!-zapytała .Była bardzo zła.
-O co chodzi?-uśmiechnął się niczego nie świadomy.Chciał ją pocałować, ale ta go odepchnęła.
-O to że przez połowę lekcji patrzyłeś się na tą nową i  jeszcze weszliście oboje spóźnieni, w tym samym czasie.Skąd mam wiedzieć czy to nie jest znowu jakaś typa z którą poszedłeś na "szybki numerek"?-powiedziała.
-Że słucham? W życiu!-bronił się.
-Nie zdziwiłabym się...-prychnęła wkładając książki do szafki.Na horyzoncie widzenia Cass pojawiła się Emma.
-To było kiedyś i tylko raz...a pozatym ona już nie chodzi do naszej szko...-zaczął .Blondyka nie słuchała go podbiegła do Emmy.
-E masz jakiś problem?-zapytała brunetka, kiedy Cassadiy weszła jej w drogę.
-Pytanie czy ty masz jakiś problem. Co to ma być? Ross to jest mój chłopak i wara od niego!Zrozumiałaś.-krzyknęła.Wzroki osób na korytarzu przeszły na dziewczyny, ponieważ blondynka ma dosyć donośny głos.
-Przestań!W życiu nie chciałabym zarywać do Rossa!Jest przystojny, ale mam zasadę której się trzymam.NIGDY NIE ODBIJAM FACETÓW. -krzyknęła.Chłopak stanął obok blondynki.
-Ja mam nadzieje!Pustaku.-dodała.Emma była już na skraju wytrzymałośći...za dużo się dzisiaj stało, chociaż był dopiero wczesny ranek.
-Ale nie zdziwiłabym się jakby cię ze mną zdradził, jestem o niebo lepsza.-dopiekła jej.Cassadiy rzuciła się na nią.
Zaczęły się szarpać,a blondyn zaczął je rozdzielać.Nagle na korytarzu pojawił się dyrektor.
-Lare , Redson do mojego gabinetu. Teraz.-powiedział groźnie.



Rozdział dedykuje "mojej wiernej fance" xD- Słomie <3

No...i jak się podobało?Mam nadzieje że chociaż troszkę ;)
Pod ostatnim rozdziałem pojawił się komentarz że jest dużo dialogów i wgl...JA TO WIEM .
Ale nie potrfie inaczej...mimo to obiecuje że postaram się dać mniej ;)
Dzięki <3
Pamiętaj - KOMENTUJESZ = MOTYWUJESZ <3

piątek, 3 kwietnia 2015

Rozdział 3 cz.1

,,Or maybe sometimes worth the risk ?"








Obudziłam się w środku nocy....tzn. była 5 rano lecz dla mnie to środek nocy :D...Nie wiem po co, ale czułam że nie mogę teraz spać.
Delikatnie zsunęłam się z kolan Rossa i usiadłam obok.Wpatrywałam się w horyzont na którym powoli słońce wzbijało się ku górze.
Siedziałam bezczynnie dobre 15 minut, gdy nagle rozległ się dzwonek komórki Rossa.
Chłopak spał ,a ja nie chciałam go budzić więc odebrałam.
:Hallo?
:Ym...Cassadiy?
:Nie...Emma.
:Nowa Rossa?
:Że proszę?
:Jesteś nową dziewczyną Rossa?
:NEVER!
:Ok...a mogę wiedzieć dlaczego odbierasz jego komórkę?
:Bo on jeszcze śpi...
:Skoro nie jesteś jego dziewczyną, a on "jeszcze  śpi" to znaczy że jesteś dziwką?
:Wypraszam sobie! Z kim ja tak wogóle rozmawiam?!
:Tu Riker...Brat Rossa.
:Aha...Dzwoniliśmy wczoraj do ciebie żebyś nam pomógł .
:Hę?
:No dzwoniliśmy...chwila,chwila. Nikt do ciebie wczoraj nie dzwonił?!
:Nie e...
:Dobrze wiedzieć...Pa.

-Oszukałeś mnie!-krzyknęłam, blondyn odrazu się obudził.
-Cooo?-zapytał pół przytomny.
-Oszukałeś mnie.Wcale nie dzwoniłeś do brata!-spojrzał na mnie zdziwiony.
-A kto ci to powiedział...-przetarł oczy.
-Nawet nie zaprzeczasz!-padłam zmarnowana na siedzenie.-Po co ja się wogóle z tobą zabierałam...-wydusiłam.
-Wydziwiasz...-szepnął.-Ciesz się...
-Niby z czego?!-prychnęłam.
-Przecież każda laska chciała by spędzić czas z samym Rossem Lynchem.-uśmiechnął się.
-Wiesz mnie chłopcy o podwyższonym EGO i toną makijażu na buźce , nie pociągają.
Czyli sam widzisz...nie "każda laska".-powiedziałam.Chłopak wytrzeszczył oczy.
-Mówisz tak bo mnie nie znasz...-powiedział przesiadając się miejsce kierowcy.
-Znam cię już wystarczająco dużo...i nie chcę bardziej.-wymamrotałam.Ross nic już nie odpowiedział i włączył silnik.Jechaliśmy 20 minut aż się zatrzymał.
-Co robisz?-zapytałam.
-Nie ma paliwa...-szepnął.
-Mówisz serio czy to kolejne kłamstwo?!-prychnęłam .
-Mówię serio!Dasz sobie już spokój?!-krzyknął.
-Nie drzyj się na mnie!
-A ty jakoś na mnie mogłaś!-ucichłam.Nie będzie mnie jakiś "KEN" wyzywał.(Przepraszam...Ross to nie Ken, ale musiałam  xD -od aut.)
-I co będziemy tu tak stali?!-zapytałam po chwili ciszy.
-Nie...zaraz zadzwonię pop Cassadiy , ewentualnie Rikera bądź Rocky;ego.
-Chyba , najpierw po Rikera i Rocky'ego a potem po tą Dive!-prychnęłam.
-Nie pozwalaj sobie!-krzyknął.Mam już go dość...
-Dobra, ja mam dość.Rób se co chcesz! Ja stąd idę.-trzasnęłam drzwiami.
Po ok. 5 minutach wyciągnęłam z kieszeni spodni , telefon.Poprosiłam Dylana żeby po mnie przyjechał ,ale miał mnie , za przeproszeniem , głęboko.Mama w pracy więc pewnie nie przyjedzie...Już miałam się wracać ale przypomniałam sobie że Alexa dała mi swój numer.Zadzwoniłam do niej i nie zawiodłam się.
Miała w telefonie taką funkcje że mogła mnie "wytropić" po wpisaniu mojego numeru .(telefonu oczywiście).Nie czekałam długo .
Przyjechał po mnie Bradley ,a z nim Alexa.Wsiadłam do pojazdu.Przez prawie całą drogę opowiadałam o tym co się stało...Najpierw opowiadałam dwójce , ale potem Alexa usnęła więc mówiłam o tym tylko Bradleyowi.
-Możesz się juz zamknąć?-zaśmiał się.
-Aż tak nudzę...?-zrobiłam to samo.
-Nawet nie wiesz jak bardzo...-wybuchliśmy śmiechem.
-Sorki...nie wyspałam się przez tego debila.-uspokoiłam się.
-On nie jet wcale taki zły..-oświadczył.
-A skąd ty to niby wiesz...?-prychnęłam.-To najgorszy matoł jakiego kiedy kolwiek poznałam.
-Przyjaźnimy się...-zatkało mnie.
-Że co?Ale...ale wy jesteście tacy...inni.-powiedziałam.
-Haha...to tylko złudzenie.-powiedział.Oh God....Nie możliwe...



___________.________.____________._____________._________.__________
W DOMU
______.____________.____________.____________.____________._________.___
Podziękowałam moim "zbawicielom" i weszłam do środka.(domu) . Była ok.6 rano...
Biedna Alexa...i Bradley.Są tacy mili, przyjechali po mnie o 5 rano!
-Emma?!-usłyszałam głos matki.Odziwio był jakiś inny...
-Tak?-weszłam do salonu gdzie siedziała mama.
-Gd..Gdzie by...byłaś?-zapytała czkając.
-Mamo , piłaś?-zapytałam widząc w jak jest "niecodziennym stanie" .
-Trochę...-przyznała.
-Trochę?! Tu jest co najmniej 5 butelek wódki!-wskazałam na puste butle.-Mamo...co się stało?-zapytałam spokojniej.
-Straciłam pracę...-no niedziwie się!
-Dlaczego?
-Bo pojechałam cię szukać..Ale wiesz z czym to się wiąże?-spojrzała na mnie.Kiwnęłam przecząco głową.-Z przeprowadzką...-westchnęła.
-CO?! Ale nie mieszkamy tu nawet jeden dzień!Mamo!-krzyknęłam drżącym głosem.
-Będziemy tu jeszcze jakieś 3 dni...potem wracamy do NY...Będziemy mieszkać u babci.-powiedziała.-
-Nie chcę!-krzyknęłam.
-Wrócisz do starej szkoły, przyjaciół...-dodała.
-Załamujesz mnie...Nie chcę tam wracać właśnie z tego powodu! Nie mam przyjaciół!A stara szkoła to jedno wielkie piekło. Wczoraj odzyskałam szanse na nowe, lepsze życie. A ty to właśnie zdeptałaś.-rozpłakałam się.Mama spojrzała na mnie zdziwiona.
-Ale zawsze mówiłaś że...-zaczęła.
-Kłamałam.-weszłam jej w słowo.
-Dlaczego? Jak mogłaś?
-A która matka chciała by usłyszeć że jej dziecko jest dręczone. Że nie ma przyjaciół?Że codziennie oblewana jest resztkami koktajlu?-zapytałam.Siedziała cicho.-Żadna.
-Przepraszam...nie wiedziałam...-tłumaczyła się.
-Nikt nie wiedział.-z oczu popłynęło mi parę łez.-Byłam sama dla siebie...-dodałam ciszej.Wybiegłam z domu.Nie panowałam nad łzami...ale również nie miałam siły iść.Usiadłam na schodkach przed domem i zaczęłam "wyć".
Chwile potem pod przeciwny dom podjechał czerwony samochód z którego wyszedł...Ross?!Tak, Ross.
Podbiegł do mnie.
-Emma?-zapytał.Nienawidzę takich..."głupich pytań". Przecież widzi ciołek że to ja !-Ej , co się stało?!-przyklęknął przy mnie.
-Nie twój interes.-wstałam i poszłam ...nie wiem gdzie miałam ochotę wtedy się podziać...Poprostu szłam.
-Dlaczego płaczesz?-poszedł za mną.
-Odczep się.-przyśpieszyłam kroku.
-Ej  o co chodzi?! Co ja ci takiego zrobiłem,że jesteś taka ?!-krzyknął.
-Nic...-powiedziałam z sarkazmem i obróciłam się napięcie.-Oprócz tego że wywiozłeś mnie do ciemnego,zimnego  i strasznego jak nie wiem lasu i spędziłam tam noc...O ! I teraz przez to moja mama straciła pracę , więc musimy wracać do NY gdzie nikt mnie nienawidzi...to nic.-wybuchłam płaczem.Chłopak podszedł do mnie i  przytulił...Nie chciałam go puszczać, bo może właśnie wtedy tego potrzebowałam...
....







-Nienawidzę cię...-szepnęłam , mimo to cały czas go przytulając.
-Wiem...-zaśmiał się.


CDN <3

Siemanko <3
Jak się podobało? Mam nadzieje że wybaczycie mi że jest taki krótki , ale nie miałam czasu w tym tygodniu i...jakoś tak wyszło :P Dlatego właśnie postanowiłam podzielić ten rozdział na dwie części :) 
Proszę o komentarze misiaczki, bo bardzo miło się je czyta i...motywują :D <3 <3 <3