sobota, 9 maja 2015

Rozdział 8

ODRAZU MÓWIE ZE ROZDZIAŁ PISANY NA TELEFONIE WIĘC PRZEPRASZAM ZA JAKIEKOLWIEK BŁĘDY <3

-Emma!Czekaj gdzie idziesz?!-wybiegł za mną Riker.Przebiegł zaledwie 3metry, a sapał jakby przebiegł conajmniej kilometr.
-Idę sobie pogadać z Bradleyem.-powiedziałam i odwróciłam się w stronę wyjścia.
-Nie każ się gonić.-podszedł do mnie i złapał za nadgarstek.-Nie możesz załatwić tego później?-usmiechnął się.
-Nie.-odparłam sucho.-Kto mu wogóle dał prawo kogoś bić?!-wykrzyknęłam.
-Spokojnie...Pójdźmy na taki układ,zostaniemy jeszcze chwilę u Rossa,a potem razem pojdziemy do Bradleya.Ok?-próbował mnie uspokoić...
-Przepraszam...nie wyspałam się.-zaśmiałam się. -Okay.Pasuje,Ale pod warunkiem że załatwisz go tak jak on zalatwił Rossa.-potarłam chytrze dłonie.
-Emma.-upomniał mnie uśmiany.-Nikt nikogo nie będzie bił.-zapukał mi palcem w czoło.Wyglądało to tak jakby sprawdzał czy ktoś tam mieszka.
-A on mógł.-splotłam ręce w tzw.precelek.
-I wyszło mu to na dobre?-zapytał.Jeny!
-Denerwujesz mnie Riker.-odparłam oburzona. Ten spojrzał na mnie jak na wariatke i wybuchł śmiechem.
-Czemu?
-Bo zawsze masz rację...-powiedziałam.
-Wiesz...wychowałem 3 rodzeństwa.Mój mózg działa już trochę inaczej, niż mózg zwykłej młodzieży.-uśmiechnal się.
-Tak właściwie to gdzie są twoji rodzice?-zapytałam.Przepiękny biały uśmiech blondyna zmienił się w... Nic? Dosłownie.Jego mina stała się nijaka.Nie wyrażała żadnych emocji.
-Długa historia...-westchnął.-Ty idź do Rossa,a ja pójdę poszukać Rockyego.-powiedział i nie czekając na moją odpowiedź czy zdanie,odszedł.Aż tak ich nienawidzi?Z tego co wiem nie było za ciekawie...no ale rodziców się nie wybiera.
Eh...Ten to ma przesrane.
-Hej. -Weszłam ponownie do pokoju.
-Cassadiy?-usłyszałam cichy głos chłopaka.
-Nie,Emma.-powiedziałam.
-Emms gdzie jest Cassadiy?-zapytał a ja usiadłam obok jego łóżka.
-Nie wiem...Mam po nią zadzwonić?-kiwnął głową.-Znasz numer?-zapytałam a ten podał mi jej cyferki.
~~Rozmowa~~
C:Halo?
E:Hej Cassadiy...Mogłabyś przyjechać do szpitala?
C:Po co? I kto mówi?
E:Emma i po to ze Ross tu leży.Miał Ymm...mały wypadek.
C:Redson?! Skąd masz mój numer?!
E:Spokojnie...mniejsza o to. Przyjedziesz czy nie?
C:Nie chcę mi się...
E:Cassadiy...Ross Cię potrzebuje.
C:O mamo...niech się nie posra.Jutro przyjadę.
E:Czy ty siebie słyszysz?
C:Tak,a co?
E:Weź przyjedź.
C:Matoo....W jakim szpitalu leży?
E:na TeamBork Street.
C:Co tak daleko?
E:Boże Cassadiy. Nie marudz tylko przyjeżdżaj.
C:Nie.Chcę.Mi.Się.Mam lepsze zajęcia.
E:Jakie?!
C:Sek...e nie wazne. Pa.
~~~~koniec~~~~
-I co?-zapytał pełen nadzieji.Co miałam mu powiedzieć? Ze jego dziewczyna nie przyjedzie bo się woli z kimś walić?! (nawiązanie do "sek...")Nie wiem co on w niej widzi.
-Niestety nie może...-powiedziałam.
-Czemu?
-Bo...Bo...Ym...Jest chora.-skłamałam.Ross spóścił wzrok.Było wiadać że się tym przejął.-Ej...nie przejmuj się.-położyłam dłoń na jego ramieniu.-Jutro do ciebie przyjdzie...poprostu dziś się źle  poczuła i...-próbowałam go jakoś pocieszyć.
-Przestań.Wiem że nie jest chora.-westchnął.No to jesteś spostrzegawczy!-Pewnie siedzi u Chrisa...Zawsze  jak mówi że jej się nie chce,jest chora albo jest u babci znaczy że piprzy się z tym palantem.-o kurde...no to mnie zatkał.
-Ale...To czemu z nią jesteś jak cię zdradza?-zdziwiłam się.
-Bo ją kocham.-serio?Jak można kochać kog...e coś takiego?
-Nie ogarniam cię...ale okay.-zasmialam się.-a co tak właściwie zrobił ci Brad?-zmieniłam temat.
-Eh...Nie pamiętam.
-Jak to?
-No normalnie...uchlałem się ...a potem mnie zrobił na takież oto "bóstwo"Jak?Nie wiem.Wiem tyle co ty Emms.-powiedział.Mowił o tym jakby ten denny idiota, Bradley leciutko go walnął w ramię,a tym czasem on go tak zniszczył...
-Elo gnoju.-do pomieszczenia wszedł Rocky wraz z Rikerem.
-Dzień dobry suko.-odezwał się równie chamsko Ross.
-E..e!Kultury.-upomnial ich Riker. Usłyszeliśmy tylko "Przepraszam" wypowiedziane chórem przez pokłóconych.Nie wiedziałam że Rik ma aż taki wpływ na nich...no wow-Ross potrzebujesz czegoś?-zapytał.
-Ym...,,Lot 68"(książka o samolotach) i... jakiś sok.-blondyn kiwnął głową.
Gadalismy jeszcze jakąś hmm...godzine albo dwie.
-Przyjdziesz jutro, Emms?-zapytał mnie. Riker i Rocky wyszli wcześniej bo zadzwonił bo nich Ryland...Co się stało? Nie wiem,Ale wesoło nie było.Mam wrażenie że oni, oprócz Rikera to taka mała patologia.
-Ym...no jasne.Tylko ze po 14 bo szkoła i...-zaczęłam.
-Spoko.-przerwał mi.-Dziękuję Emma.-uśmiechnął się.
-Wiesz...raczej nie masz za co. -zasmialam się.
-Jest.Ty mimo że mnie nienawidzisz przyszlaś...a mogłaś mnie mieć w dupie.Nie ukrywajmy, ostatnio wogóle nie byłem miły.-wytlumaczył.Szczerze mówiąc...jak leży tak na tym łóżku i dziękuję to mam ochotę go nagrać.W końcu tacy jak oni często tak się nie zachowują.
-To nie tak że cię nienawidzę...owszem,na początku jak cię poznałam nie pawałam szczególnym szczęściem...ale teraz lubię cię,Ross.-powiedziałam,a ten uśmiechnął się ciepło.-Muszę już iść...trzymaj się.-przytuliłam go i wyszłam.
Wybrałam numer do Dylana.Obiecał że przyjedzie więc usiadłam na ławeczce ,właczyłam muzykę i czekałam.Wszystko było by ok gdyby nie zerwał się okropny wiatr.
-Na kogoś czekasz.-zapytał nieznajomy mi chłopak...a raczej jakiś lekarz.Przynajmniej tak mowił jego strój.
-Tak... Na brata.-powiedziałam przebierając dłoń o dłoń co miało mnie chociaż troszkę ogrzać.
-proszę.-podał mi swoją bluzę.-Może wejdziesz do szpitala?-zapytał
-Nie, nie...mój brat jest bardzo Ym...punktualny i każde spóźnienie może się źle skończyć.-zasmialam się wkladając na siebie bluzę.Pachniała pięknymi meskimi perfumami...zawsze kochałam ich zapach.Pamiętam jak bardzo kochałam przytulać się do taty...czułam  jego ciepło i zapch którego nie zapomnę do końca życia.Ten lekarz używa tych samych perfum co on...
-Jestem Nathan.-uśmiechnął się i podał mi dłoń.
-Emma -odwzajemniłam gest.
-Ładnie.-powiedział.
-Haha...dziękuję.
-O widzę że Maroon5 na tapecie.-wskazał na wyświetlacz mojego telefonu.Skinelam głową.-Też ich lubię...
-Serio?-nie dowierzałam
-Tak...Byłem na ich ostatnim koncercie i na przyszłym najprawdopodobniej też będę.-zasmiał się.
-Zazdroszczę ci...ja miałam być  w tamtym roku,ale dostałam zapalenia płuc...-westchnęłam po czym głośno się zaśmialam.
-To wcale nie śmieszne...zapalenie płuc to poważna sprawa.Bardzo nieodpowiednie zachowanie-powiedział poważnie.Zrobiło mi się trochę głupio...nie wiem jak,czemu i po co...poprostu.Zaczerwieniłam się.-Żartuje.-wybuchł niepochamowanym śmiechem.Myslałam że zejde...Nienawidzę jak ktoś ze mnie żartuje i zazwyczaj strzelam,, Focha" po takich akcjach,Ale chyba zrobię wyjątek...Nathanowi robią się przesłodkie dołeczki kiedy sie śmieje.-Może jestem lekarzem...ale w miare młodym.Spokojnie.-dodał.
-HAHA.Nie śmieszne.-powiedziałam z sarkazmem.
-Oj no nie gniewaj się...-leciutko walnął mnie w ramie,a ja również zaczełam się śmiać.W tym samym czasie przyjechał Dylan.
-Ja już muszę lecieć...Wielkie dzięki za bluzę.-zaczełam ściągać bluzę z siebie,Ale blondyn założył mi ją ponownie.
-A co Ty na to żeby oddać mi ją w piątek na kolacji?-usmiechnął się pięknie...mówię dosłownie.Ma idealny uśmiech.Mimo to nie wiedziałam co odpowiedzieć...przecież go nie znam.A co jeśli to jakiś zboczeniec?Albo morderca?Ehh...ja zawsze biorę pod uwagę najgorsze scenariusze.Chwile się zastanowiłam,poczym wybrałam.Ta decyzja będzie chyba prawidłowa...............

CDN <3
Komentujcie kotełki kochane,bo mam wrazeenie że piszę dla siebie :<

2 komentarze:

  1. Nie piszesz dla siebie.
    Ja kocham ten blog!

    ~Wika aka ponczek

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajne, tylko powiększ ten psaek!
    Riker i Sara.... RAZEM CZY NIE?! Rozdział 42 Emotikon smile
    http://amazing-story-r5.blogspot.com/
    Plan nie wyszedł... Co się stało?
    http://dream---love.blogspot.com/
    ~~Zmierzchu :** <5

    OdpowiedzUsuń